środa, 24 lutego 2010

Półmetek

W Polsce co niektórzy dopiero rozpoczynają semestr. My zaś jesteśmy w połowie swojego bloku. Za 6 tygodni sesja.

Rozpoczął się też kolejny poziom języka duńskiego. Cierpię straszliwie, bo mimo starań nie umiem powiedzieć poprawnie powiedzieć żadnego słowa. Zwłaszcza z literą ø.

Na kursie, poza nami chodzą jeszcze 3 polki. Pochodzą z Warszawy, studiują stosunki międzynarodowe i ubierają się modnie - przez obserwację można było wyciągnąć wnioski, że obecnym trendem mody jest właśnie nerdowskość. A raczej to, co nie-nerdy kojarzą z nerdami, czyli np. duże okulary w okropnie grubych, plastikowych oprawkach.

Nerdowska impreze

W minioną niedzielę zaprosiliśmy kilka osób na partyjkę Munchkinów i Krarocy. Nerdo-test dał wynik pozytywny w przypadku Claudii, Elizabeth i Ronalda. Na zdjęciu podczas pałaszowania zapiekanki ziemniaczanej z serem i mięsem.

Po tej imprezie (z której to wyszedłem w połowie zasłaniając się wymówką rannych ćwiczeń dnia następnego) Marcin i Claudia w dość niepokojący (aczkolwiek zgodny i przez niektórych* niezaskakujący) sposób zmienili swoje statusy na Facebooku. Więcej nie powiem - sami sprawdźcie.

-------------------
* - niezaskoczonym byłby np. Conrado.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Zdjęcia z obiadu rosyjskiego



[Dodane przez Marcina A.]
I tak właśnie wyglądają wszystkie nasze imprezy. Jak tylko wchodzimy, koło Marcina F. kondensuje wianuszek dziewcząt. Ich liczba trochę fluktuuje za sprawą dyfuzji z otoczeniem, niemniej liczba koordynacyjna obliczona dla Marcina typowo mieści się między tą dla diamentu, a dla halitu, nie są więc to wahania zbyt duże. Pozostałym samcom facetom pozostają jednak już tylko stare i chore sztuki.
[.A anicraM zezrp enadoD]

Impreza na zakończenie karnawału.

Mieliśmy okazję uczestniczyć w tradycyjnej imprezie na zakończenie karnawału. Impreza wyglądała tak, że wszyscy sobie siedzieli, rozmawiali i jedli między innymi ciasto przygotowane przeze mnie, a właściwie nie ciasto, ale wspaniale przygotowany zakalec z owocami.

Część tradycyjna okazała się ciekawą zabawą. Na sznurze została powieszona beczka, którą każdy po kolei mógł uderzać kijkiem. Osoba, która spowodowała swoim uderzeniem, że dolne wieczko beczki spadło na ziemię zostaje nazwana Królową Beczki. Natomiast osoba, po której uderzeniu spadła na ziemię ostatnia część beczki, zostaje mianowana Królem Beczki.

Miałem niesamowite szczęście i zostałem nazwany Królową. Nasza koleżanka Julia (poznana na jednej z wielu imprez) została Królem. Dziwne to królestwo, w którym mężczyzna jest królową, a kobieta królem, ale tak to już bywa.

Obiad rosyjski.

Kolejny z serii "Obiad ..." Tym razem mieliśmy możliwość spożywania tradycyjnych potraw rosyjskich. Większość z tych potraw były nam już znane, albo były po prostu wariacją naszych polskich potraw.

Obiad przygotowywała Daria, koleżanka z kursu duńskiego (Jeg hedder Marcin etc.), oraz jej przyjaciele z Rosji. Jako przekąski zostały podane kanapki z makrelą (?) i majonezem (polecam). Pierwszym daniem był barszcz, ale nasi przyjaciele z Rosji nie znaleźli buraków i octu, więc był to barszcz bez buraków. Jak to Kasia skomentowała: "Zupa jarzynowa". No, ale niech będzie, że jedliśmy barszcz. Drugim daniem były gołąbki. A właściwie gołąbki w wersji deluxe, bo nie zawierały ryżu, ale samo mięso. Jako deser podane zostały naleśniki z (uwaga) mlekiem skondensowanym. Pierwszy raz miałem możliwość skosztowania takiego cudu, ale muszę przyznać, połączenie zaskakująco dobre.

Oprócz jedzenia było jeszcze jak zwykle dużo rozmawiania i śmiech, oraz niestety ppierwszy raz dym papierosowy. Kolejna impreza zaliczona do udanych.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Kwantowa Teoria Pola

Pan profesor zasługuje na miano pierwszej osoby na tej półkuli, która osiąga w porywach decyarodzie. Śmiertelna pułapka.

czwartek, 11 lutego 2010

Kwantowa teoria pola. Sprawozdanie 1.

Odpowiadając na usilne prośby (szczególnie jednego zgłodniałego informacji o tymże kursie studenta z Chrzanowa) piszę coś na temat tego kursu.

Pierwszy wykład niestety mi umknął (miałem wizytę w szpitalu). Marcin i Andrzej mówili, że było tyle ludzi, że niektórzy nie mieli gdzie siedzieć. Profesor jednak od razu zaczął uspokajać: "Nie ma co się martwić. Zawsze tak jest na początku, a potem na egzamin przychodzą dwie osoby." Na następnym wykładzie było już mniej ludzi (ale nadal nie wystarczy palców w dwóch rękach żeby ich policzyć). Przechodząc do jakichś szczegółów o treści wykładu.

W pierwszym tygodniu zajmowaliśmy się funkcjami Greena. Profesor chciał po prostu, żeby wszyscy mieli tę samą wiedzę na początku. Przeliczyliśmy trochę funkcji Greena dla różnych operatorów, i tyle.

W drugim tygodniu zaczęła się teoria pola. Wprowadzony został formalizm całek po trajektoriach. No i znowu ktoś chce, żebyśmy zaczęli się przyjaźnić z operatorem uporządkowania czasowego (pewnie za tydzień będzie o twierdzeniu Wicka).

Na ostatnim wykładzie z Marcinem zostaliśmy zdruzgotani (chciałem tylko przypomnieć o tym, że ten kurs jest dla 4(!) roku fizyki teoretycznej). Profesor powiedział, że po ostatnim wykładzie ktoś do niego podszedł i zapytał się o co w ogóle chodzi z tymi bra i ketami, no i w ogóle co to jest obraz Heisenberga. No więc profesor zrobił mini wykład z mechaniki kwantowej. Generalnie dramat.

Wykład prowadzony jest ekstremalnie szybko. Andrzej stwierdził, że prędkość wykładowcy można podawać już nie w miliarodziach, ale w arodziach. Właściwie chyba się z nim zgadzam.

Ważnym elementem wykładu są dygresje na temat sławnych fizyków. Profesor szczególnie lubi Diraca, choć zdarzały się również historie o Lorenzu i Feynmanie.

Przytoczę jedną na temat Diraca. Był on kiedyś na jakiejś konferencji, na której wygłaszał referat. W pewnym momencie ktoś z sali przerwał wykład i powiedział: "Przepraszam, ale nie rozumiem tego równania." Nastąpiła chwila ciszy, w czasie której Dirac po prostu stał i się uśmiechał. W tym momencie organizator konferencji wstał i podszedł do Diraca mówiąc do niego:"Czy mógłby Pan odpowiedzieć na pytanie?". Na co Dirac: "Przecież to nie było pytanie tylko określenie stanu."

Obiad amerykański.

W sobotę odbyło się kolejne spotkanie w stylu - poznajemy smaki świata. Tym razem zajadaliśmy tradycyjne potrawy amerykańskie przygotowane przez Elizabeth.

Przekąska: Kanapki z masłem orzechowym i dżemem. Połączenie muszę przyznać, zrobiło na mnie wrażenie.
Pierwsze danie: zupa do złudzenia przypominająca zwykły rosół. Zagęszczenie makaronu było ogromne. Właściwie trzeba było się natrudzić, żeby znaleźć płyn. W każdym bądź razie - bardzo dobra.
Drugie danie: makaron z serem (nic dodać nic ująć) i pieczeń z mięsa mielonego. Muszę przyznać, że bardzo mi smakowało.
Deser: chocolade cheap cookies z lodami. No cóż. Po prostu bomba.
Nic dodać nic ująć. Bardzo udana kolacja. A po kolacji? Zaprosiliśmy Elizabeth i Claudię do nas na oglądanie filmów. Skończyliśmy oglądać o 7 rano. Zobaczyliśmy 3 czy cztery filmy. Kolejna impreza zaliczona do tych udanych.

Jelly shot party.

W ostatni piątek odbyła się impreza. Właściwie dokładnie nie wiem z jakiego powodu. Obiło mi się o uszy, że była to impreza na rozpoczęcie semestru na wydziale prawa. No cóż, my jako prawi studenci również w niej uczestniczyliśmy. Przez my mam na myśli mnie i Andrzeja. Marcin został w mieszkaniu*.

Jednak przed imprezą odbyła się impreza wstępna. Imprezy wstępne, z tego co zdążyłem zauważyć, różnią się od imprez tylko tym, że ich głównym celem jest wypicie takiej ilości alkoholu, żeby wejść na prawdziwą imprezę w dobrym humorze. Skromnie wypiliśmy z Andrzejem na pół jedno wino. No i po kilka jelly-shotów. Pierwszy raz spotkałem się, żeby ktoś robił galaretkę z wódką i sokiem owocowym. Muszę jednak przyznać, że warto poznawać nowe smaki.

Około 22 przeszliśmy na miejsce, w którym się odbywała impreza. Było tyle ludzi, że przejście z jednego końca sali do drugiej (powiedzmy 15 metrów) zajmowało nieskończenie dużo czasu (czyli tak jakoś 10 minut). Generalnie impreza się udała. Potańczyliśmy etc. Szczególnie miło wspominam te etc.

Warto wspomnieć, że wracając z imprezy spotkaliśmy pół Zambijkę pół Polkę mieszkającą w Australii, która mówiła całkiem dobrze po Polsku.

środa, 3 lutego 2010

Rozmowa z Duńczykiem.

Odnośnie Duńczyków i ich podejścia do nas. Przytaczam rozmowę, która odbyła się na pierwszych zajęciach z Optyki Kwantowej. Zapytałem się grzecznie jakie kursy kolega wybrał okazało się, że takie same jak ja. Zaczął rozmowę na temat Kwantowej Teorii Pola (tłumaczenie na polski):

D: Też wziąłeś kwantową teorię pola?
J: Tak.
D: Bo wy zagraniczni zawsze to bierzecie, a potem się wypisujecie. Bo wiesz, ten kurs jest trudny.
J: Spodziewałem się.
D: Wiesz on jest naprawdę trudny i zawsze zagraniczni się z niego wypisują.
J: U nas w Krakowie ten kurs uchodzi za najtrudniejszy z wszystkich, więc spodziewałem się, że tu będzie trudno. Ale jestem pewny, że chcę go zrobić.
D: No, ale wiesz. Nie wiem, czy dasz radę, żeby go ukończyć, będziesz potrzebował podstawy rachunku tensorowego, a to nie takie proste.
J: Tensory mieliśmy na algebrze. A potem w praktyce używaliśmy ich na elektrodynamice klasycznej i klasycznej teorii pola.
(chwila ciszy)
D: No dobra, ale ten kurs jest jeszcze trochę specyficzny. Przyda się jeszcze jakaś podstawowa wiedza z Ogólnej Teorii względności i zagraniczni zawsze na tym wymiękają.
J: My mieliśmy w Krakowie bardzo trudny kurs semestralny z ogólnej teorii względności, więc z tym też myślę, że sobie poradzę.

W tym momencie rozmowa się skończyła, gdyż mój rozmówca bez słowa się obrócił i poszedł do swoich kolegów i koleżanek z Danii. Generalnie fajnie.

Dla wszystkich studiujących fizykę, chciałem podać "trik", który został nam przedstawiony na kwantowej optyce. Trik ten pomaga w obliczaniu komutatorów operatorów:

[ab,c]=a[b,c]+[a,c]b

Zapamiętajcie to bo może (?!) się kiedyś przyda.

Wypadek.

Jechałem sobie grzecznie ścieżką rowerową. Chciałem przejechać przez skrzyżowanie prosto. Patrzę. Mam zielone światło to jadę. Niestety pan w samochodzie obok mnie też miał zielone światło, ale mnie nie zauważył i zaczął skręcać. Nie zdążyłem zahamować i wjechałem w jego tylne prawe drzwi. Zgodnie z zasadą zachowania pędu... Żartuję, ten post będzie bez fizyki. Generalnie tylko rower został uszkodzony w wyniku zderzenia z samochodem. Ja po prostu spadłem na ziemię. W wyniku uderzenia o ziemię (muszę przyznać, że uderzenie z tą prędkością tyłkiem o ziemie nie należy do najbardziej przyjemnych) nie potrafiłem wziąć oddechu ani się za bardzo poruszyć.

W ciągu jakiś 5 sekund wokół mnie znalazło się stado gapiów, którzy nie wiedzieli co zrobić. Któryś z nich zadzwonił po karetkę, a jeszcze inny podszedł do mnie i powiedział:"Czy nie mógłby się Pan przenieść na chodnik, bo tutaj Pan tak leży, że się zaraz korek zrobi*". Postanowiłem zignorować uwagę miłego Pana. Wtedy usłyszałem, że karetka i policja podjeżdża.

Pierwszym pytaniem, które usłyszałem od sanitariusza/lekarza nie było wcale, co mi jest, ale jaki jest mój numer CPR**. Numer został zapisany przez policjantkę i sanitariusza, a następnie zaczęła się akcja. Przenieśli mnie do karetki i zawieźli do szpitala. W szpitalu generalnie się nie spieszyli. Pomiędzy wizytami w moim pokoju kolejnych lekarzy mijała średnio godzina.

Pierwszy przyszedł student medycyny i jego profesor. Student chyba był na ortopedii, bo wszystko było w porządku z badaniem, dopóki zacząłem się skarżyć na ból w okolicach nerek. W tym momencie zrobił minę kota ze Shreka i inicjatywę musiała przejąć pani doktor. Po chwili wyszli.

Po następnej godzinie przyszła pani chirurg i zbadała mój brzuch. Okazało się, że wszystko jest w porządku, ale podejrzewa, że moje nerki mogą być zniszczone. (Swoją drogą, czy sytuacja, wktórej nie pracują nerki jest w porządku, nie wiem, ale nie mi oceniać).

Po kolejnej godzinie zawieźli mnie na rentgena. Chcieli zrobić tomografię, ale niestety moje śrubki w kolanie uniemożliwiły to. Nie chciałem bowiem, żeby w trakcie badania moje kolano eksplodowało. Przywieźli mnie spowrotem do pokoju i powiedzieli, że za 5 minut będą wyniki i przyjdzie lekarz ze mną porozmawiać.

Po kolejnej godzinie przyszła pielęgniarka, mówiąc, że nie ma wyników rentgena, ale muszą mi zrobić badanie moczu. Mimo usilnych starań, nie udało mi się umożliwić im tego badania, gdyż cały czas leżałem na łóżku. W końcu zadzwonili "z góry", że z kręgosłupem jest wszystko w porządku i mogę chodzić. Pielęgniarka postawiła mnie na nogi. Chwilę przy niej postałem, pochodziłem i było w porządku. Zaprowadziła mnie do toalety, żebym w końcu oddał im prókę do badania. W tym momencie ukazała się znowu moja inteligencja szympansa, bo zamiast próbkę oddać do butelki oddałem ją do ścieków. Ale nie to najważniejsze z mojego pobytu w toalecie. Gdyż nagle znalazłem się w autobusie...

Po jakimś czasie (ciężko mi ustalić jak długo trwała moja podróż w autobusie) usłyszałem huk w mojej głowie i zorientowałem się, że leżę na czymś twardym, moja głowa mnie zaj****cie boli i coś złego stało się zmoją kostką. Okazało się bowiem, że wcale nie byłem w żadnym autobusie (a szkoda, bo jak byłem w tym autobusie, to przynajmniej mnie nic nie bolało) tylko straciłem przytomność. Zaprowadzili mnie spowrotem do pokoju. Pielęgniarki w tym momencie kazały mi przestać przepraszać. Widocznie miały tego dość.

Musiałem zostać na kolejne kilka godzin na obserwację. Pielęgniarki i neurochirurg musieli mnie oglądać, czy nie mam czasem wstrząsu mózgu. Chwilę później przyszli Marcin i Andrzej i od tego czasu przynajmniej mi się nie nudziło. Bo wizyty lekarzy miały taką samą częstotliwość jak wcześniej. Zrobili mi jeszcze 2 czy 3 badania moczu. Okazało się, że trochę krwi w nim jest, co mogło wskazywać na lekkie uszkodzenie nerek. Postanowili mnie jednak wypisać, ale kazali powtórzyć testy za 2-3 tygodnie.

Jeszcze dwa szczegóły. Po godzinie od straty przytomności pielęgniarka się zlitowała i przyniosła mi jedzenie. Dwie kanapki. Pierwsza podobno z jajkiem, którego tam nie wyczuwałem. Mimo to i tak była to najlepsza kanapka jaką jadłem (być może dlatego, że wcześniej nic nie jadłem od około 17 godzin - patrz post Marcina o obiedzie przygotowanym przez Camille). Ostatni szczegół. Chciałem podziękować Andrzejowi i Marcinowi za opiekowanie się mną. Szczególnie Marcinowi za to, że zgodził się spać w moim pokoju w noc po wypadku, co było wymaganiem lekarzy. Gdyby się nie zgodził musiałbym spędzić kolejne godziny w szpitalu.

Teraz czuję się już lepiej. Jedynie wszystkie mięśnie mnie bolą i nie mogę się zbyt szybko ruszać, ale i tak jest to stan o wiele lepszy od stanu, w którym znajdowałem się w poniedziałek.

*tłumaczenie z angielskiego,
**numer CPR - nie mając tego numeru w Danii, nie załatwisz dokładnie nic, z kolei mając ten numer załatwisz wszystko, możesz na przykład mieć dostęp do konta podając tylko ten numer, możesz zrobić zakupy przez Internet na kogoś innego podając jego numer CPR, generalnie jak dla mnie system jakiś patologiczny

wtorek, 2 lutego 2010

Dania rajem dla studenta

Dania rajem dla studenta. Nie dość, że ma się bibliotekę czynną 24 godziny na doby, 7 dni w tygodniu (w nocy oraz w weekendy i święta jest podobno* samoobsługowa), to jeszcze na każdym wydziale jest darmowy i nielimitowany dostęp do kser, maszyn do bindowania i papieru. Gdy zaś ma się duńskie obywatelstwo, dostaje się co miesiąc 4800 kr dodatku (de)motywującego**, za sam fakt studiowania.

Co do zaś zarobków, to kolega Camille (francuz) jest zatrudniony jako ktoś w rodzaju woźnego w szkole. W minioną niedzielę za 5 godzin odśnieżania zarobił 1000 kr. Czyli jego stawka za godzinę wynosiła trochę WIĘCEJ niż stawka prezydenta RP (zakładając, że nasz prezydent pracuje 25 dni w miesiącu (czyli też w co drugą sobotę) po 8 godzin dziennie).

----------
* - nasze legitymacje studenta okazały się wadliwe i nie można za ich pomocą otwierać drzwi. Jak je wymienimy, to będziemy mogli się przekonać sami o tej samoobsługowości.
** - "de", ponieważ aż by się chciało studiować nie 5, ale więcej lat (chyba, że wprowadzono jakieś ograniczenia).

poniedziałek, 1 lutego 2010

Nieplanowana wycieczka

Dziś, za sprawą Marcina F. zwiedziliśmy od kuchni Rigshospitalet, czyli wielki szpital sąsiadujący z Instytutem Nielsa Bohra. A dokładniej oddział urazowy.

Cała wycieczka trwała 12 godzin (dla nas, jako dla odwiedzających, trochę krócej). Na koniec Marcin F. został wypisany do domu pod warunkiem, że nie spędzi samotnie tej nocy. Ciągnęliśmy zapałki. (Nie)szczęśliwie padło na mnie.


PS. Ostatecznie starcie rower - samochód trzeba ocenić na 0-1 ze szkodą dla roweru. Całość odbyła się na skrzyżowaniu podczas manewru skrętu w prawo. Światło zielone miał zarówno Marcin F. jak i wspomniany samochód. Żywymi nadzieję, że przy rozstrzyganiu winy zaważy miłość Duńczyków do rowerzystów.

Nocny obiad

W poniedziałki zaczynam zajęcia o 8.00. Kiedy więc koło 23 szykowałem się do spania zapukał do moich drzwi francuz, pytając czy przyjdę na obiad. Zaproszenie przyjąłem. Było spaghetti, Andrzejowe ptasie mleczko na deser i do spróbowania francuska kiełbasa.

Trzeba przyznać, że idea spotkania była dobra, ponieważ do tej pory mieliśmy z pozostałymi mieszkańcami kolegium dość nikły kontakt. Niemniej jak na razie był to mój najpóźniej jedzony (proszony) obiad.

Francuz* zasugerował, że następny obiad powinien być polski. Będzie musiał jednak zaakceptować jednak to, że w Polsce jada się obiad koło 14, nie w nocy.

-----------
* - przepraszam, że ciągle używam sformułowania "francuz", ale jeszcze nie sprawdziłem jak się piszę imię tego człowieka. Wymawia się je mniej więcej jak "Kamil", ale zapewne pisownia jest inna. Obiecuję jednak poprawę postępowaniach. Sprawdzę tę pisownie na dniach.