niedziela, 31 stycznia 2010

Gliptoteka

W ostatni dzień przed rozpoczęciem nauki w instytucie Nielsa Bohra, wybrałem się ze znaną już ze wcześniejszych postów Julią do Gliptoteki (Andrzej K. i Marcin F. zostali w kolegium, ponieważ chcieli uczestniczyć w planowanym obiedzie z jednym francuzem). Gliptoteka została ufundowana miastu przez J. C. Jacobsena [patrz zdjęcie po lewej] (założyciela browaru Carlsberg - dumy narodowej Duńczyków). Jak to przeczytałem w przewodniku, Jacobsen chciał nauczyć swoich rodaków obcować ze sztuką (wcześniej bowiem byli niechętni muzeom). Wybudował więc w centrum miasta okazały budynek, w którego centrum umieścił małą palmiarnię [patrz zdjęcie po prawej]. Ludzie, stęsknieni zimą za słońcem i zielenią, przychodzili tam, jednocześnie oglądając stojące tam zabytki z Rzymu, Grecji i Egiptu.



Poza pamiątkami sprzed wielu stuleci, w Gliptotece można było znaleźć też współczesne rzeźby (tzn. z końca XIX i początku XX wieku), bardzo jednak klasyczne w swoim wyglądzie.



W Gliptotece można było znaleźć jednak jeszcze jedną wystawę, o tytule "Dialogue - a chair that is up for negotiation", która nawiązywała do niedawnego, kopenhaskiego szczytu ekologicznego. W salach, między zabytkami ze starożytnego Rzymu lub Grecji, znaleźć można było dziwne wyglądające krzesła - pewną próbkę macie poniżej. Najśmieszniejsze były nalepki na co niektórych krzesłach: "Uprasza się nie siadać". Faktycznie, sztuką jest zrobić krzesło, które nie jest dość wytrzymałe, aby na nim można było usiąść.



Jeszcze słowo o pogodzie. W Dani od kilku dni dość mocno śnieży (nawet jak na warunki Polskie). Mimo dość sprawnych służb miejskich (trzeba to im przyznać - przynajmniej w centrum dają sobie radę) drogi stały się ciężko przejezdne. Na ulicach jednak ciągle dużo rowerów - kocham to miasto :D.


Na koniec małe porównanie. W Dani nawet panowie żule mówią z po angielsku lepiej niż niejeden wykształcony Polak. Zdjęcie jednemu z nich zrobiłem podczas kupowania kartki pocztowej (tak, tak - za niedługo powinniśmy jedną wysłać do WFAiS, na tablicę 4. roku).

Helsingør











W piątek odwiedziłem Helsingør. Początkowo mieliśmy jechać tam grupą przynajmniej pięcioosobową, jednak w ostatniej chwili Andrzej, Marcin F. i Angela się rozmyślili. Pojechałem więc tam jedynie z Julią z Szwajcarii.

Wycieczka była warta odbycia. Zwiedziliśmy świetnie zaopatrzone muzeum techniki (a raczej jej część poświęconą komunikacji) oraz Kronborg, czyli "zamek Hamleta", w którym to znajduje się największa sala balowa północnej Europy (przynajmniej w chwili jej budowania).











Jest jednak pewien minus tego typu wycieczek. W Danii podróżowanie jest BARDZO drogie. Dla porównania w konurbacji śląskiej bilet 24-ro godzinny bez zniżki kosztuje 12 zł (porównanie zasadne o tyle, że Helsingør jeży 40 km od Kopenhagii, czyli mniej więcej tyle ile wynosi odległość między skrajnymi miastami konurbacji).

Samotna wycieczka










Z pewnym opóźnieniem, jednak zamieszczam zdjęcia z mojej czwartkowej wycieczki po Kopenhadze. Za cel postanowiłem zbadanie "zielonych plam" na planie Kopenhagi. Czyli starego cmentarza i parku Fryderyka.

sobota, 30 stycznia 2010

Planetarium.

Dziś z Andrzejem wybraliśmy się do planetarium Tycho Brache. Były z nami Paulina, Monika i Ania (znane nam z jednej z imprez - a może nie tylko z jednej?). Spotkaliśmy tam również Igora z Rosji (autora zdjęcia - przypis Andrzeja), którego również wcześniej mieliśmy okazję widzieć (np. w muzeum zoologicznym).


Impreza dość droga - 130 DKK. Ale ostatecznie chyba było warto. Film był o Wszechświecie. Na mnie zrobił wrażenie raczej pozytywne. Andrzej oburzał się na model wybuchu supernowej i na to, że gdy była mowa o czarnych dziurach nie wspomniano nic o promieniowaniu Hawkinga. Ja zachwycony byłem symulacją zderzenia dwóch galaktyk. No i pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że gdy pokazywali "wnętrze atomu" nie było tam pojedyńczych elektronów krążących na orbitach, ale były tam chmury elektronowe.

Mieliśmy też możliwość zobaczenia modelu czarnej dziury. Bardzo ciekawy był. Gdy tak staliśmy i przyglądaliśmy się jak to kuleczki wpadają do zakrzywienia w "czasoprzestrzeni" podeszła do nas pani i zaczęła tłumaczyć o co w tym chodzi. Jak to Einstein odkrył swoje równania no i że z nich wynika np. istnienie czarnych dziur. Kobieta mówiła dość sensownie. Szkoda, że nie rozwinęła tematu bardziej.

Ostatnim punktem programu były dwa filmy 3D. Pierszy - jazda w wagoniku "w kopalni". Generalnie nudne 10 minut. Następnie 20 minut pływały wokół nas rekiny i meduzy. Pierwsze 10 minut było dość ciekawe, ale po 10 minutach zaczęło mi się nudzić.

Wycieczkę należy jednak ocenić pozytywnie. Jeszcze jedna informacja - w poniedziałek zaczynamy zajęcia. Masakra, dramat i miazga.

Edycja Andrzeja - dodałem zdjęcie, wybacz Marcinie wulgarną ingerencję w Twój autorski tekst.

Wybaczam. Marcin.

Impreza naleśnikowa oczyma drugiego Marcina.

Kilka uwag do postu Marcina:
1. Nikogo nie zaciągałem do roboty. Dziewczyny same przyszły i poprosiły o naukę robienia naleśników. Nie wiem, dlaczego podeszły do mnie a nie do drugiego Marcina. Ale z mojej strony nie było żadnej mowy o ich wykorzystywaniu.
2. Marcinie! Jakże śmiesz sugerować, że naleśniki były gorsze od twoich tym-razem-racuchów-a-nie-jak-zwykle-quasi-racuchów. Uważam, że wspólnie z Elżbietą i Klaudią (imiona spolszczone) wykonaliśmy kawał dobrej (i smacznej) roboty.
3. Swoją drogą Marcina racuchy jak zwykle dobre.
4. Należy jeszcze dodać, że impreza ta odbywała się na wyspie Amager. Dziwna sprawa z tą wyspą Amager. Kopenhaga bowiem również leży na wyspie (Zelandia - nie mylić z Nową Zelandią), ale mimo to ludzie z części Kopenhagi leżącej na Zelandii mówią o tej drugiej części - wyspa. Dziwny kraj.

piątek, 29 stycznia 2010

Muzeum ciąg dalszy

"Biedny Yoricku!" po raz drugi, czyli pewne nieznane fakty z wycieczki do muzeum.

środa, 27 stycznia 2010

Muzeum zoologii

Byliśmy dziś w muzeum zoologicznym. Nie dość, że posiadało bogate zbiory, to jeszcze dla studentów uniwersytetu Kopenhaskiego bilet był darmowy.











Po muzeum znów ulegliśmy naszej słowiańskiego naturze. Tym razem gotowaliśmy coś a la chińszczyznę. Liczba zaproszonych na obiad osób była jednak tym razem skromna i wyniosła tylko 2 osoby. Było to jednak wywołane nie faktem, że nagle nabyliśmy asertywności, ale faktem, że Danię zaatakowały gwałtowne opady śniegu. I jedynymi osobami, które się nie przelękły pogody była Szwajcarka (Julia) i Rosjanin (Igor).

Zdjęcie ściągnięte z dzisiejszego internetowego wydania duńskiej gazety.

Pancake party

W minioną niedzielę byliśmy na "pancake party". Andrzej przeczuwając co się święci, asekuracyjnie został w domu. Dość mocno doskwiera nam bowiem przywiązanie do słowiańskiej kultury, które afirmuje gości i kobiety. Z tego też powodu dajemy się bezwstydnie wykorzystywać - co jest tym łatwiejsze, że w naszej grupie dziewczęta stanowią 70% stanu.

Tak było i tym razem. Mimo faktu, że tym razem to MY byliśmy gośćmi, dość szybko doszło do sytuacji, w której to MY robiliśmy naleśniki i racuchy, a dziewczyny (około 10), Conrado z Brazylii i Duńczyk, którego imienia nie pomnę, raczyli się w pokoju rozmową. Słowo usprawiedliwienia usłyszą tylko Słowenka i Rosjanka, które to z własnej woli pomagały później w zmywaniu naczyń (co tylko dodatkowo potwierdza hipotezę o skłonności Słowian do bycia wykorzystywanymi).

Marcin F. poradził sobie z tą sprawą bardzo politycznie. Pod pretekstem nauki robienia "polskich naleśników" zagonił kilka dziewczyn do smażenia. Mi nie poszło tak gładko, co koniec końców odbiło się pozytywnie na jakości racuchów.

Ostatecznie jednak była to najmilsza impreza na jakiej byłem w Danii - po zjedzeniu naleśników graliśmy bowiem w Munchkiny, Karocę i Szwarcarsko-Austryjacką grę w kości - słowem, można spędzić iście nerdowski wieczór nawet w pokoju pełnym kobiet.

Duńska piosenka

Piosenka, jaką śpiewaliśmy na zakończenie nauki pierwszego stopnia języka duńskiego. Batuta, którą się posługuje Marcin F. to wałek do ciasta.

Świadoma wycieczka


Dziś zaliczyliśmy pierwszą wspólną, świadomą* wędrówkę turystyczną po Kopenhadze. Na zdjęciu kolejno od lewej: Sara z Kanady, Elizabeth z USA, Claudia z Austrii, (lekko w tle) Conrado z Brazylii, (w tle, twarz niewidoczna) Igor z Rosji, Julia z Szwajcarii, Daria z Rosjii, Angela z Kolumbii, Andrzej z Polski.


A oto też i cel naszej wycieczki, czyli syrenka.

------------
* - przez świadomą rozumiemy taką, gdzie celem nadrzędnym jest zwiedzanie, a nie kupienie ziemniaków czy wysłanie kartki pocztowej.

PS - przez przypadek razem z Andrzejem K. napisaliśmy posty o naszej wycieczce w tym samym czasie. Kierowani rzetelnością i dobrą czytelnika nie zdecydowaliśmy się na usunięcie jednego z nich. I to wcale nie wynikało z braku porozumienia, który post powinien zostać na stronie.

Mała Syrenka

Mimo wszetecznych plotek rozsiewanych przez różnych zwolenników, Mała Syrenka wciąż stoi, gdzie stać miała, nam zaś udało się ją zobaczyć. Mimo porażki na całej linii na froncie komunikacji, udało się nam (każdemu z osobna i w innym czasie) dotrzeć na spotkanie naszej grupy, wykonać sobie urocze (niezamieszczone) zdjęcie wraz z rzeźbą i wrócić do Østerbro, zrobić przelew za nasze mieszkanie.

Jak się okazuje istnieje grupa ludzi, dla których Dania jest skrajnie gościnna. Są to wszelkiej maści oszuści - jak się okazało do dokonania transferu pieniążków wystarcza znajomość czyjegoś numeru CPR, czyli odpowiednika naszego numeru PESEL. Żadnych dowodów, podpisów czy innych cudów. Całe szczęście, że nie mają mi co kraść.
Nyhavn, miejsce zamieszkania H.C. Andersena

sobota, 23 stycznia 2010

Gdy nie ma pieniędzy na pizze...

Gdy się żyje na obczyźnie, gdzie nie można sobie pozwolić na pizze, trzeba chwytać się tańszych sposobów na zaspokojenie...


Rogaliczki po lewej są moje. To po prawej to wyrób Andrzeja K.

wtorek, 19 stycznia 2010

Obiad bawarsko-tyrolski.

W niedzielę odbył się drugi z obiad z serii: "Poznajemy smaki świata". Odcinek pt. Bawaria i Tyrol. Obiad przygotowały Claudia, Julia i Sylvia. Był naprawdę dobry. Najpierw kanapki z pastą z sera i cebuli, następnie zapiekanka ziemniaczana z mięsem, kotlety mielone (proszę tylko nie porównywać ich z tymi z Nawojki! Były bardzo dobre), sałatka ziemniaczana, a na deser bardzo dobre ciasteczka z apfelmusem (musem jabłkowym po polsku) oraz dżemem z jakiegoś owocu, którego nazwy nie zapamiętałem. Było bardzo dobre. Czekamy teraz z niecierpliwością na obiad kanadyjsko-amerykański, który odbędzie się w sobotę.

Z Andrzejem byliśmy też w kościele na Mszy. Po niemiecku. Msza dla mniejszości narodowej (chyba) było bardzo kameralnie, ale cieszyliśmy się, że przynajmniej udało nam się znaleźć kościół, w którym wiemy o której jest msza.

Wczoraj natomiast po zajęciach z duńskiego oglądaliśmy film. Bardzo ciekawy. Miał być po duńsku, a był po szwedzku. Generalnie nie zrobiło to nam różnicy, bo i tak się skupialiśmy na napisach angielskich. Film nazywał się "Everlasting moments" opowiadał historię kobiety, która odkryła talent do robienia zdjęć. Piękny i wzruszający. Jak to Marcin A. skomentował romantyczny (nie mylić z romansem). Marcinowi A. bardzo spodobały się zdjęcia, ja znowu zachwyciłem się muzyką.

Wieczorem byłem w barze na piwie z ekipą z ostatniej imprezy. Niestety sam. Powrotna droga samemu, w ciemności przez godzinę nie należała do przyjemnych, ale dzięki temu mogłem na żywo zobaczyć NBI. Faktycznie nie imponuje. Ale jak to mówią: "Liczy się wnętrze". Teraz czekamy z niecierpliwością na egzamin z duńskiego. W piątek. Trzymajcie kciuki.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Browar

W sobotę z Marcinem A. oraz prawie całą grupą z kursu duńskiego wybraliśmy się na zwiedzanie Browaru Carlsberg. Jechaliśmy tam pociągiem (odpowiednik krakowskiego tramwaju, ale z wygodnymi siedzeniami, z ogrzewaniem i ogromną ilością miejsc siedzących). Wyszliśmy na tyle wcześnie, żeby zdążyć. Ale czas potrzebny na dotarcie na miejsce obliczyliśmy wg norm krakowskich. Nam cała przeprawa trwała tylko 13 minut, więc następnie nudziliśmy się jakieś 30 minut. Co nie zmienia faktu, że prawie się spóźniliśmy.

O 13 (z lekkim hakiem) rozpoczęliśmy zwiedzanie. No cóż. Zwiedzanie, jak to zwiedzanie. Było dość ciekawe. Najbardziej chyba podobała się nam wystawa największej na świecie ilości butelek po piwie (albo butelek z piwem). Na prawdę imponujące. Było ich ponad 15 tysięcy.

Ja jednak najbardziej czekałem na ostatni punkt naszej wycieczki. Czyli degustację. Każdy miał do dyspozycji 2 kupony, które były równoważne dwóm piwom. Ale jednak zanim doszliśmy do baru, musieliśmy przejść między innymi przez stajnię z żyjącymi końmi. Wg mnie te konie były jakimiś mutantami. Jakieś ogromne były.

Potem jeszcze chwyt marketingowy. Czyli przejście przez sklep z pamiątkami. Oczywiście nic nie kupiliśmy. Choć zawsze marzyłem, żeby mieć zielony długopis z napisem Carlsberg. Muszę tam wrócić.

Wreszcie nastąpiła najmilsza część, czyli degustacja. Najpierw mogliśmy powąchać aromatów, które są dodawane do piw, aby wybrać te, które najbardziej nam odpowiadają. Następnie każdy wybierał dwa piwa z listy i je dostawał. Oczywiście po 10 minutach lody zostały złamane i każdy dzielił się z każdym, tak aby każdy mógł skosztować wszystkie rodzaje piw. Chyba mimo to się nam to nie udało. Ale tylu różnych piw nie piliśmy jeszcze nigdy.

Wypad do browaru należy zaliczyć za udany. A jako miłe zakończenie wieczoru ja z Andrzejem spędziliśmy kilka godzin na graniu tym razem w Icewind Dale 1.

sobota, 16 stycznia 2010

Impreza

No więc stało się. Zostaliśmy zaproszeni na kolejną imprezę. Koleżanka z liceum napisała do mnie przez facebook'a, więc poszliśmy.

Zaraz po kursie językowym weszliśmy do sklepu, żeby się dobrze zaopatrzyć. Każdy bowiem miał sobie samemu zorganizować napoje wyskokowe. Zaszaleliśmy i wyskoczyliśmy z forsy po czym w naszych plecakach znalazła się wódka o zachęcającej nazwie: "Cracoviana" (czy jakoś tak). Zadowoleni, że ostatecznie to tak drogo nie było pojechaliśmy do domu. (Swoją drogą racjonalizacja zakupów, czyli mówienie sobie: "Eeee, w sumie nie wyszło to tak drogo. Mogłem sobie pozwolić" wychodzi nam coraz lepiej. Podejrzewam, że za miesiąc już takich dylematów mieć nie będziemy).

Obiadek no i w drogę. Jak to zwykle bywa, po drodze mieliśmy bardzo interesującą rozmowę na temat ekshibicjonizmu Duńczyków. Zauważyłem bowiem, że w jednym z domów na parterze rodzina miała ogromne okno, w którym nie było ani firan ani żaluzji. Jak dla mnie nie do przyjęcia. Wywiązała się długa rozmowa, która trwała aż dotarliśmy do Keops Kollegium. Generalnie wiedzieliśmy tylko, że impreza odbywa się właśnie w tym budynku, ale nic więcej. Teraz sobie myślę, że ten ekshibicjonizm nas uratował, bo właściwie tylko dzięki temu, że sala, w której mieliśmy mieć imprezę nie miała firan, mogliśmy z zewnątrz stwierdzić, że pewnie tam mamy iść. Po chwili byliśmy w środku (w zasadzie chwila trwała dość długo, bo nie byliśmy pewni, że dobrze trafiliśmy i kłóciliśmy się o to, kto powinien wejść pierwszy).

Impreza była przednia. Najpierw zjedliśmy trochę grochówki, a potem zaczęła się konsumpcja wspomnianej już wcześniej "Cracoviany". Nigdy nie piłem czegoś tak ohydnego. Ale ostatecznie wypiliśmy do ostatniej kropli. Impreza generalnie była polska z lekkimi akcentami międzynarodowymi. Przeważali ścisłowcy (matematycy, informatycy etc.). Czuliśmy się więc jak ryby w wodzie. O 2 postanowiliśmy wrócić. Stwierdziłem dziś, że droga, którą pokonaliśmy idąć z powrotem była dwa razy dłuższa od drogi na imprezę. Powodem nie było zgubienie się, ale jakaś dziwna nieumiejętność chodzenia po linii prostej. Generalnie przesuwaliśmy się w dobrym kierunku, ale były ogromne zaburzenia na tej drodze. Dotarliśmy do domu i szczęśliwie położyliśmy się spać. Kolejna impreza, którą na pewno można uznać za udaną.

Rano gdy założyłem okulary, stwierdziłem, że musiałem je nieźle popalcować na imprezie. Nie widziałem kompletnie nic. Wziąłem prysznic, zrobiłem sobie śniadanie i stwierdziłem, że warto byłoby jednak je umyć. Gdy chciałem jednak nalać mydła na szkła okazało się, że ich nie było w oprawkach. Leżały sobie grzecznie pod moim łóżkiem. Obudziłem też Marcina mówiąc, że musimy już wychodzić (dziś mieliśmy wycieczkę do browaru, o której napiszę jutro). Pogoniłem Marcina, po czym okazało się, że mamy jeszcze pół godziny. Nie pamiętałem, że podczas imprezy wypadła mi bateria i zegar się zrestartował. Widocznie ta grochówka źle na mnie podziałała.

Sprostowanie

Zajęcia Marcina A. odbywają się TEŻ w Instytucie Nielsa Bohra (tym oryginalnym). Tylko jeden jego kurs odbywać będzie się w Instytucie Nielsa Bohra HCØ (patrz obrazek*). Jego lokalizacja zaś nie jest szczególnie tajna, bo dostępna na oficjalnej stronie Instytutu patrz link.

Dodatkowo sugerowanie, że Marcin A. nie będzie miał zajęć w NBI dlatego, że to przywilej wyłącznie teoretyków jest podłe i fałszywe! Będzie miał!

* - Źródło zdjęcia

Plan zajęć

Po rozmowie z doświadczonymi już erasmusami w Wrocławia udało się nam nareszcie sprawdzić jaki jest nasz plan zajęć. Szczęśliwie nic nie koliduje nam (a zapisywaliśmy się w ciemno), w dodatku każdy przedmiot mamy w inny dzień:
  • poniedziałek - Kwantowa Teoria Pola I,
  • wtorek - Kwantowa Optyka,
  • środa - QFT,
  • czwartek - Kvanteoptik
(co się tyczy mnie i Marcina F., Marcin A. ze swoją skondensowaną materią ma trochę bardziej złożony plan, choć wciąż bez konfliktów). Należy też nadmienić, że zajęcia odbywać się będą w samym Instytucie Nielsa Bohra (wciąż nie rozumiem duńskiego na tyle, żeby stwierdzić gdzie, do jasnej ciasnej, odbywają się zajęcia Marcina A, co (jak się okazało dzięki krótkiej konwersacji z niemieckim studentem biofizyki) jest przywilejem tylko i wyłącznie teoretyków (he he - mawiał Przybyszewski).

Hulaj dusza, hulaj noga!

czwartek, 14 stycznia 2010

Reakcje na procenty

Wczoraj wieczór studenci zagraniczni uczestniczyć winni w zdrowej popijawie. Efekt - en tømmermænd - i całej grupy tylko nieuczestniczący my nie wykazywaliśmy żadnych odmiennych stanów. Aby nie stać w tyle, za rozprzestrzeniającym się trendem imprezowym, zorganizowaliśmy własną (jak pisał Marcin). Nasze procenty były może mniej wymierne, ale na pewno znacznie mniej wpływające na późniejsze samopoczucie.

Impreza w stylu...

No cóż. Dziś na zajęciach nie było kilku osób, bo były wczoraj na imprezie do późna. My dziś też mieliśmy imprezę. Zaczęliśmy około 14 a skończyliśmy przed chwilą. Czyli prawie 8 godzin grania w RPG. Masakra.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Podsumowanie tygodnia

Małe podsumowanie tygodnia, czyli co można zauważyć po tygodniu mieszkania w Kopenhadze.

  • W nocy w mieście jest dużo neonów.

  • Dzieci muszą być szczęśliwe dorastając w ojczyźnie klocków LEGO.

  • Duńczycy przy rekordowych (jak na Danię) mrozach (do -10 st. C) dogrzewają się na ulicy.

  • Ma ulicach można znaleźć więcej rowerów niż ludzi.

  • Do tej pory zauważyłem w Kopenhadze tylko jeden rower z grubymi oponami... Mój. Królują typowe rowery miejskie z niską ramą i cienkimi oponami.

  • "Kiosken" znaczy "kiosk". Po za tym kultura grafit jest podobna we wszystkich dużych miastach.

  • W Kopenhadze jest więcej rodzajów dużego ptactwa niż w Krakowie.

  • Instytut Nielsa Bohra wcale nie wygląda imponująco.


Poza tym:
  • Na rowerach jeżdżą wszyscy, począwszy od dzieci w wieku 4 lat, przez kobiety w futrach i kozakach, mężczyzn w garniturach, na starszych babciach i dziadkach skończywszy.
  • Nad morzem NAPRAWDĘ bardzo mocno wieje.
  • Jedyne korki drogowe jakie widziałem, to były korki rowerowe - Kopenhaga jest przejezdna niczym Polska 1 stycznia.


Jako bonus: tak wygląda z zewnątrz klasztor bursa, w której mieszkamy.

niedziela, 10 stycznia 2010

mieszkanie u Jezuitów

Jak wyglądają nasze pokoje u Jezuitów:
Tak zaś kuchnia:

Pierwsza impreza.

Jak pisałem, wczoraj mieliśmy gości. Zaprosiliśmy ludzi z naszej grupy z kursu języka duńskiego na obiad. Zrobiliśmy zakupy, odmroziliśmy pierogi i bigos i zaczęliśmy przygotowywania. W menu znalazły się wspomniane już wyżej pierogi i bigos, które to pozycje zostały wchłonięte praktycznie od razu. Oprócz tego była sałatka, ziemniaki, kotlety schabowe oraz kotlety z piersi kurczaka. Przygotowaliśmy również naleśniki z nadzieniem z mięsa mielonego, warzyw i sosu pomidorowego. Muszę przyznać, że poszło nam nieźle. Wszystkim smakowało. Ostatecznie też zajęło to nam nie więcej niż 4 godziny. W pewnym momencie wyglądaliśmy jak kucharze w restauracji (porównanie Andrzeja), bo każdy zajmował się dwoma potrawami jednocześnie.


My oczywiście wszystko mieliśmy gotowe na 10 minut przed planowanym przyjściem gości, żeby tamci dostali wszystkie potrawy cieplutkie. Oni jednak wysiedli na złym przystanku i w konsekwencji spóźnili się około godziny. Jedzenie jednak im smakowało.

[dodano przez Marcin A.] A oto zdjęcia z "imprezy".

[koniec dodatku]

Pytali się czym się zajmujemy w fizyce. Zaczął Marcin A. Powiedział mniej więcej takie zdanie: "Ja zajmuję się nadprzewodnikami. (cisza) No wiecie, jak przewodnik wykazuje zerowy opór. (znowu cisza)" Niestety nikt nie zrozumiał o czym mówił Marcin. Potem mówił Andrzej i skoro tylko powiedział nazwę "czarna dziura" wszyscy się ożywili. Generalnie najwięcej poruszenia właśnie przy dziedzinie Andrzeja było. Potem ja (Andrzej stwierdził, że potrafię zatrzymać światło - nie zaprotestowałem, ale miałem nadzieję, że mnie o to nie poproszą:P). Powiedziałem, że zajmuję się jednym ze stanów skupienia i to wystarczyło.

Jeszcze trochę porozmawialiśmy i wyruszyliśmy na naszą pierwszą domówkę w Kopenhadze. Bardzo mi się podobała. Wiele ludzi, których imion już nie pamiętam. Nasza Żubrówka im smakowała (mają szczęście). Z dwie godzinki rozmów i śmiania się. Było świetnie.

Potem poszliśmy do jakiegoś klubu. Pierwszy okazał się niewypałem, bo za wejście chcieli 120 DKK (czyli jakieś 60 złotych). Następny miał co prawda wejście za darmo, ale za to miejsca nie było. Więc wyszliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać jak dotrzeć do domu. Na szczęście wyszło z nami kilka dziewczyn, które powiedziały nam do jakiego pociągu mamy wsiąść. Wyszliśmy na dobrym przystanku. Andrzej miał też możliwość pobiegania sobie w nocy. Jego mapa była w dwóch częściach i jedna z nich nagle została wyrwana z jego rąk przez wiatr. Po chwili jednak już wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. 10 minut pieszo i byliśmy już w domu.

Dokończyliśmy jeszcze naleśniki no i poszliśmy spać. Dziś rano jak się obudziłem nie było ciepłej wody, kaloryfery też są zimne. Mam nadzieję, że dzisiaj naprawią tę usterkę.

piątek, 8 stycznia 2010

Zaskoczenie...

Wyjeżdżamy rano z Marcinem A na lekcje duńskiego w dobrych humorach. Troszkę nie wyspani, ale jednak pozytywnie nastawieni. No i cóż, po około 10 minutach kolejny raz mój rower znowu się zepsuł. Kolejny raz spadło koło. Marcin niestety odjechał trochę do przodu, więc musiałem sobie poradzić sam bez klucza 15, bo moja 14 jest za mała. Po 5 minutach bezskutecznej pracy stwierdziłem, że muszę iść pieszo, prowadząc mojego zgrzyta. Pomyślałem jednak, że należy się mu (rowerowi) niezły kopniak. Tak więc zrobiłem. Okazało się, że zadziałało. Więc ruszyłem. Po 200 m koło znowu się przemieściło. I tak gdzieś 4 razy. W połowie drogi się zdenerwowałem (a właściwie wk*****em) i zdecydowałem pójść złożyć reklamację do sklepu rowerowego).

Po około 30 minutach marszu doszedłem do sklepu, który był zamknięty. Była 8-55. Miałem nadzieję, że otworzą go o 9. Ale ku mojemu zaskoczeniu na drzwiach nie było godzin otwarcia. Na całej ulicy znalazłem tylko jeden sklep z informacją odnośnie godzin otwarcia. Jak dla mnie całkowity bezsens.

Na szczęście otwarli go o 9. Niestety musiałem zostawić mój rower do naprawy. O 14 miałem się zgłosić po naprawiony. Poszedłem na zajęcia (spóźniłem się tylko 1 godzinę, więc nie było tak źle). Ominęły mnie ćwiczenia fonetyczne i sprawdzanie zadania domowego (którego nie zrobiłem).

Po zajęciach poszliśmy z grupą na obiad do stołówki. Stwierdziliśmy, że trzeba zaszaleć. Ostatecznie nie było tragedii, za talerz jedzenia (mi smakowało, Marcinowi mniej) zapłaciłem równowartość 16 złotych. Da się przeżyć. Musiałem jednak przeprosić pozostałych, bo przecież rower miał być już gotowy.

Po 40 minutach marszu dotarłem do sklepu. Na szczęście miałem ze sobą termos z gorącą herbatą, bo inaczej chyba bym zamarzł. W sklepie przywitał mnie właściciel mówiąc, że naprawa nie była trudna i twrwała około 10 minut. Zapytałem się co mam robić jak się to stanie kolejny raz. Otrzymałem odpowiedź, że to już się nigdy nie zdarzy.

Pojechałem do centrum, bo chciałem sobie kupić książkę. Wyjeżdżając spod księgarni mój rower postawił, że jednak nie został wystarczająco naprawiony i znowu koło odpadło. Czekało mnie więc kolejne 30 minut marszu z rowerem. Moje ręce już wymiękały, a ja grzecznie i po cichu całą drogę przeklinałem. Mam nadzieję, że Duńczycy nie rozumieją polskich przekleństw.

Wyraz twarzy pana w sklepie był bezcenny. Zdziwienie, zmieszanie i strach w jednym. W końcu naprawili mi rower (tzn. dojechałem bez problemów do mieszkania) i wymienili mi łańcuch. Wszystko zrobili za darmo. To mnie pozytywnie zaskoczyło. Tak więc mam nadzieję, że więcej nie będę musiał zaglądać do tego sklepu.

Trzeba się wyspać, bo jutro gotujemy obiad dla około 15 osób z grupy językowej. Mam nadzieję, że będą zadowoleni. Kolejnym pozytywem tego przedsięwzięcia był fakt, że byliśmy zmuszeni do pójścia do sklepu i zrobienia zakupów na obiad dla 15 osób. Ogólnie zapłaciliśmy około 150 zł (kupiliśmy m. in. mleko kokosowe i syrop do naleśników - swoją drogą mleko okazało się czymś o smaku mleka kokosowego, ale o konsystencji serka homogenizowanego - bardzo dobre z syropem do naleśników i naleśnikami oczywiście). Tak więc nasze plany co do diety chyba się zmodyfikują. (Jeszcze nie wiem czy stety czy niestety)

czwartek, 7 stycznia 2010

Min cykel er...

No więc. Jak już Marcin A pisał, we wtorek staliśmy się szczęśliwymi właścicielami rowerów. Jeszcze tego samego dnia miałem dwie awarie, ale na szczęście udało się je usunąć.

Następnego dnia jednak, jakieś 50 metrów od domu, zaliczyłem pierwszą glebę. Moje biodro zamortyzowało mój upadek. Niestety, teraz o sobie przypomina przy każdym kroku. Oczywiście, gdy wracaliśmy z zajęć, spadł mi łańcuch. Podczas naprawiania tego defektu w atmosferę wychodziły z mojej krtani bardzo niepoprawne słowa. W Polsce mógłbym pewnie za takie zachowanie dostać mandat za deprawowanie dzieci, ale w Danii na szczęście nie znają (tzn. mam nadzieję) polskich przekleństw.

Ostatecznie, lepiej jak historia kończy się dobrze. Chciałem się więc pochwalić. Dzisiejszego dnia nie miałem żadnej awarii roweru. Być może go nie sprzedam.

Co do kursu językowego. 3 godziny mówienia w tym języku jest bardzo męczące. Ale jest to naprawdę bardzo ciekawe doświadczenie. Bardzo szybko idziemy z materiałem. Potrafimy już zapytać się o znaczenie słów, o ich przeliterowanie etc. (Nie żeby to jak się pisze słowo miało cokolwiek wspólnego z tym jak się go wymawia.) Dla przykładu. Jeden z moich ulubieńców:

selvfØlgelig = [se'fuli] (zapis tak jak się wymawia za pomocą polskich liter, a nie za pomocą zapisu fonetycznego)

Dziś też załatwiliśmy pozwolenie na pobyt czasowy. Byliśmy tam świadkami jakiejś sprzeczki z urzędnikami. W kolejce czekało około 20 osób, a wszystkie okienka były nieczynne. No cóż. "Urzędnicy jacy są, każdy widzi." Okazuje się, że nie tylko w Polsce.

wtorek, 5 stycznia 2010

Vi har cykler!

Dziś staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami rowerów. W każdym razie dwoje z nas jest szczęśliwa, bo Marcin F. 5 minut po zakupie zaliczył pierwszą awarię. A 10 minut później kolejną. Szczęściem mieliśmy ze sobą podstawowe narzędzia i awarie (póki co) udało się usunąć.

Na kursie językowym nauczyliśmy się przedstawiać, mówić skąd jesteśmy, liczyć do 100 i podawać godzinę.

Filety z kurczaka kosztują 40 zł za kg. Cały kurczak koło 50 zł. Jak się skończą zapasy z polski, przechodzimy na dietę. Póki co, to hulaj dusza, pierogi, kabanosy i gęsina (wędzona).

Kopenhaga vs. my - pierwsze starcie

Masakra.

Na kurs językowy mamy 8 km. Nie ma bezpośredniego połączenia. Bilet jednorazowy na jedną strefę kosztuje 21 DKK. Cała podróż w jedną stronę kosztowałaby więc nie mniej niż 24 zł. Słowem: szykujemy się jutro na dwugodzinny spacer w porannych mrokach północnej krainy (rowerów jeszcze nie mamy).

Inne ceny: chleb 15 DKK, woda mineralna 5 DKK, jabłka 20 DKK za pół kilo, jogurt 16 DKK, cheeseburger 10 DKK, bigmack 20 DKK, kebab 40 DKK, pizza 60-80 DKK.

Wniosek: Chyba wszyscy przejdziemy na dietę 1000 kcal.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Podróż.

No więc siedzę sobie wygodnie na łóżeczku w hostelu w samym centrum Kopenhagi. Zostałem oddelegowany do opisania naszej podróży. Andrzej, Marcin i ojciec Andrzeja wyruszyli przed chwilą na wycieczkę po Kopenhadze. Ja zostałem w pokoju hostelowym, a z tego powodu mam chwilę czasu, więc piszę.
Sobota, 02.01.10 godz. 20:17. Dzwoni mój telefon. Andrzej. Właśnie wyjechali. Po około 2 godzinach Andrzej oraz jego tata byli już pod moim domem. Nie obyło się bez małych komplikacji. W końcu jednak po kilku wykonanych rozmowach telefonicznych dojechali. Wrzuciłem trochę rzeczy i wyruszyliśmy. Już po kilku kilometrach coś się przewróciło w części samochodu z bagażami. Byłem przkonany, że to mój słoik miodu, ale ostatecznie okazało się, że to lodówka Andrzeja pełna pierogów.
W tym miejscu napiszę jeszcze trochę o tym jak zorganizowane było miejsce w samochodzie. Z przodu miejsce dla kierowcy i jednego pasażera. W nastęþnym rzędzie miejsce dla trzech pasażerów, a za nim dośc sporo pustej przestrzeni na nasze bagaże. Zaraz jednak za miejscami siedzącymi Andrzej ustawił kilka desek, na których można było się zdrzemnąć.
Następny przystanek – mieszkanie Marcina. Tu również odbyło się szybkie wrzucenie wszystkich rzeczy do samochodu no i w drogę. Nastęþny przystanek na stacji benzynowej jeszcze w Gliwicach. Płyn do spryskiwaczy. Kolejny przystanek przed granicą z Niemcami. Zaraz za granicą ja z Marcinem położyliśmy się spać. Marcin na deskach a ja na siedzeniach dla pasażerów. Temperatura w tylnej części samochodu była bardzo niska, ale w śpiworach i w kurtkach ostatecznie dało się wytrzymać. Gdy się obudziliśmy około 7 samochodem kierował już Andrzej. Gdzieś po drodze zmienił swojego Ojca. Gdzieś za Berlinem, który również został przeze mnie i Marcina przespany, nastąpiła kolejna zmiana kierowcy. Ja zacząłem kierować. Postój w Hamburgu na zatankowanie do pełna no i dalej w drogę. Gdzieś pomiędzy 12 a 13 przejechaliśmy granicę pomiędzy Niemcami a Danią. Kilka kilometrów za nią koplejny postój z dużą porcją jedzenia. Kanapki, sernik i ptasie mleczko. Andrzej był bardzo podekscytowany bo zobaczył jakieś ogromne ptaszycko drapieżne i mógł pochwalić się swą wiedzą zdobytą na jakże interesującym kursie: Rozpoznawanie ptaków. Na dlaszej drodze zobaczyliśmy jeszcze kilka takich ptaków. Ich widok wywołał temat wróżenia przyszłości z lotu ptaków w powietrzu. No cóż, po tylu godzinach w samochodzie, musiało się to skończyć tak inteligentnymi rozmowami. Jak Andrzej słusznie zauważył, jedną z wróżb z lodu ptaków, jest to, że zbliża się deszcz, jeśli jaskółki latają nisko. Zapomniełam dodać, że przez całą Danię przewiózł nas dzielnie Marcin.
Kilometr za kilometrem zbliżał się jedno z najciekawszych miejsc naszej podróży. Most nad Dużym Bełtem. Most, który ma długość 23 kilometrów. Widok naprawdę niesamowity. Warto było zapłacić te 220 DKK aby zobaczyć to cudo. Ostatecznie około 18 dojechaliśmy do pierwszego hostelu. Zaparkowaliśmy, ale okazało się, że jest zamknięty. Odesłano nas do innego, w którym na szczęście było miejsce. I tak oto siedzę i piszę sobie te wspomnienia. Jeszcze jedno wydarzenie miało miejsce. Przy wypakowywaniu rzeczy do hostelu było tak wielkie zamieszanie, że nikt nie wiedział, kto ma klucze do samochodu. Po poszukiwaniach (niezbyt długich – 10 min., ale za to stresujących okazało się, że klucze grzecznie leżały sobie na łóżku Andrzeja. Dla wyjaśnienia w hostelu nie było dostępu do darmowego Internetu, dlatego też post ten został opublikowany z opóźnieniem.