niedziela, 30 maja 2010

Urodziny Luca

W minioną sobotę swoje 24 urodziny obchodził Luca. Trzyminutowe streszczenie imprezy na wideo:

piątek, 28 maja 2010

Engangsgrillerne *.

Jak już Marcin napisał, w ostatnią sobotę zorganizowaliśmy sobie grilla na plaży w Skagen. Jakieś 50 metrów od najbardziej na północ wysuniętego punktu Danii i jednocześnie miejsca gdzie łączy się Morze Północne z Bałtykiem. Jako dowód zdjęcie:



W ostatnią środę zorganizowaliśmy sobie kolejnego grilla. Tym razem w centrum Kopenhagi w parku na przeciwko naszego kolegium. Kiełbaski jeszcze z Polski wyciągnięte w ostatniej chwili z zamrażalki. Oprócz jedzenia i picia było jeszcze granie w Backgammon i Asshole. Gdy się ochłodziło wróciliśmy do kolegium i graliśmy jeszcze w inne gry.





____________

* Grille jednorazowe

wtorek, 25 maja 2010

Tu też się uczymy

Osoba, która opierałaby swoją wiedzę o nas tylko na podstawie niniejszego bloga, mogłaby powziąć jak najbardziej mylne przekonanie, że czas erasmusa płynie na nieustającej zabawie. Ten fałszywy obraz może być wzmacniany przez fakt, że publikujemy tu raczej rzeczy dla nas niezwykłe - nie zaś świadectwa codziennego znoju. Aby choć trochę przywrócić równowagę, zdjęcie dokumentujące dzisiejszą naukę (trwającą od 10.30 do 21, z godzinną przerwą na kawę).


Na zdjęciu od lewej: Luca Włoch i Joni z Hiszpanii - moi towarzysze z kwantowego transportu.

Dopisał Andrzej: Warto zwrócić uwagę na widoczną w prawym górnym rogu tablicę - artefakt pozostały po czasach gdy nasze kolegium było częścią szkoły, odkopany i doprowadzony do stanu używalności przez zespół archeologiczny Abram-Fizia-Kądzielawa. Niemniej nasze mieszkanie stało się mekką nie tylko głodnych i spragnionych, ale i tych poszukujących wiedzy (lub chociaż wspólnej nauki).

poniedziałek, 24 maja 2010

Skagen - bagna, fale i piosenka

22-23 maja wybraliśmy się do Skagen - północnego skraju Danii. Pogoda nas dopieściła. Po chłodnej i zachmurzonej Kopenhadze, słoneczne 25 stopni wydało nam się tropikalnym upałem.

Opalaliśmy się, pływaliśmy w Bałtyku, topiliśmy się w bagnach, myliśmy się z błota w Morzu Północnym, śpiewaliśmy na plaży, grilowaliśmy wśród wydm, graliśmy w arschlöcheln, a na koniec wyjedliśmy cały zapas ananasa w pewnej chińskiej restauracji w Årthus. Słowem - bawiliśmy się przednie.


Ponieważ doszły mnie słuchy, że czasem moje posty są nazbyt skondensowane (wybaczcie skrzywienie zawodowe), rozwinę powyższy temat.

Jadąc do Legolandu, kupiliśmy specjalne bilety, które pozwalały na przejazdy dowolnymi pociągami w 3 wybrane dni w ciągu jednego miesiąca. Ponieważ termin wygaśnięcia biletów zbliżał się nieubłaganie, zdecydowaliśmy* się na dwudniową wycieczkę do Skagen. Podróż w jedną stronę trwała 5 godzin - żeby więc nie marnować czasu wyruszyliśmy pociągiem o 5.50.

Skagen przywitało nas upalną (jak na warunki Duńskie) pogodą. Wybraliśmy się na plaże, opalaliśmy się i pływaliśmy w morzu (jako jedyni - woda bowiem była wciąż bardzo zimna). Wieczorem zakupiliśmy jednorazowy grill i poszliśmy na koniec półwyspu - w najbardziej wysunięty na północ punkt Danii. Z miejsca tego można było obserwować jak fale z Morza Północnego zderzają się z falami z Bałtyku (co dokumentuje poniższy filmik).


Dnia następnego wybraliśmy się na spacer wzdłuż wybrzeża Morza Północnego. Gdy mieliśmy już wracać na dworzec, Andrzej zorientował się, że zostawił w hostelu, w którym nocowaliśmy, komórkę. Odłączył się więc od nas i pognał ratować swoją zgubę. Tymczasem my postanowiliśmy nie wracać tą samą drogą, którą przyszliśmy, tylko wypróbować czegoś ciekawszego. Znaleźliśmy wąską ścieżkę, wydawała się iść w dobrym kierunku. Niestety po nie długim czasie trafiliśmy na podmokły teren. Wciąż wzbraniając się przed cofaniem się po własnych śladach brnęliśmy dalej i dalej.


W końcu przemoczeni postanowiliśmy zboczyć z ścieżki i pójść w kierunku wydm i morza. Droga okazała się jednak dłuższa i bardziej mokra niż nam się z początku wydawało. Ostatecznie jednak weseli i brudni dotarliśmy do wybrzeża. Na udokumentowanie naszych dobrych humorów, piosenka**:


W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze Århus, które nie okazało się wcale takie duże. Zatrzymaliśmy się za to na dłużej w pewnej chińskiej restauracji, gdzie można było wykupić "wejściówkę", a następnie jeść tyle ile tylko się potrafiło. Na szczęście częste treningi w Kopenhadze pozwoliły nam z nawiązko wykorzystać przydzielony nam limit.

------------------
* - my, tj. Marcin A., Marcin F., Andrzej K. i Julia S.
** - Julia prosiła, żeby jej nie publikować ;P. Kobiety, nie wierzcie facetom.

piątek, 21 maja 2010

Topologia dla Kamila

Po pięciu tygodniach z Samikiem (naszym prowadzącym) muszę przyznać, że nie ma jak matematyka - mózg się rozciąga, pracuje (jakieś 4 zadania tygodniowo trzeba oddawać na ocenę - þoki co mam jakieś 3/4 dobrze).

Bardzo istotna (i silnie oceniana) jest matematyczna poprawność (z którą przecież krucho), więc na pewno kurs ten bardzo przyda się w fizyce teoretycznej. Plusem też jest terminologia (której uczymy się po angielskiemu, więc pod kątem literatury fachowej bardzo dobrze), jak i fakt, że w grupie jesteśmy my (t.j. Marcin Fizia i ja) i jeszcze trzech gości, z których jeden bywa rzadko (reszta tylko oddaje zadania).

Materiałowo jesteśmy teraz za topologiami ilorazowymi (były w programie dzisiejszego egzaminu połówkowego), gdzieś w okolicach Connectedness and Compactness książki J. Munkersa - nieźle jak na miesiąc z haczkiem nauki, choć do końca już nie tak daleko (dwa albo trzy tygodnie).

Niemniej - potrafimy już stworzyć torus z kwadratu, czy kółko z odcinka - żadna rewelacja, choć po porządnych podstawach dalsza nauka (Niech żyją wiązki!) powinna być o wiele prostsza.

wtorek, 18 maja 2010

Egzamin z duńskiego - część ustna

Z zadowalającym wynikiem potwierdzono dziś oficjalnie naszą znajomość języka wikingów - obaj z Marcinem zdaliśmy egzamin na 10 (w skali od -3 do 12), co klasyfikuje nasze osiągnięcie na jakieś 4.5 w naszej skali ocen.

Dzisiejsza część miała być tylko formalnością, ale - jak się okazało - umożliwiła (mnie przynajmniej) poprawienie (mojego a jakże) marnego wyniku części pisemnej - piętnastominutowa rozmowa na temat moich studiów i czarnych dziur (ajajaj) nie jest czymś czego oczekiwałem, niemniej szczęśliwym było w ogóle zdać ten egzamin - 25 minut przed rozpoczęciem przypomniałem sobie, że mam jeszcze 10 km do przejechania i tak osiągnąłem nowy rekord jazdy - 10 km w 20 minut przy wtórach klaksonów i przekleństwach wyprzedzanych brawurowo współrowerzystów.

wtorek, 11 maja 2010

Egzamin z duńskiego - część pisemna.

Właśnie wróciliśmy z pisemnej części naszego egzaminu z duńskiego. Pierwszą częścią tego egzaminu było napisanie, co takiego robiliśmy podczas pobytu w Kopenhadze. Dziwnym zbiegiem okoliczności nasza lektorka kazała nam pisać co tydzień wypracowania na temat, co takiego robiliśmy w ostatnim tygodniu. Powinniśmy więc zdać tę część egzaminu bardzo dobrze. Oprócz tego musieliśmy uzupełnić kilka dialogów i zrozumieć parę tekstów. Generalnie byliśmy zadowoleni. W następny wtorek część ustna.

poniedziałek, 10 maja 2010

Klify Møn

Ten post miał być napisany przez Andrzeja. Jednak z racji sporego opóźnienia, materiał zastępczy. Też z Møn.




Ta-Dam!

W nie najlepszych humorach maja dnia ósmego ESN (Sieć Studentów Erasmusa) zorganizowało nam (a jakże) wycieczkę na południe Dani - wyspę Møn. Nie ma co ukrywać - pogoda w Kopenhadze była dnia tego okropna - deszcze zapowiadali duńscy meteorolodzy, choć szczęśliwie na samym Møn (jak widać na zdjęciach) pogoda nam nie przeszkadzała (chyba, że liczyć fakt, że mnie paskuda przymusiła do ubrania sweterka).

Na pierwszy ogień poszły klify - przepiękne 143-metrowe klify, białe jak kreda, bo z niej przecież złożone. Parogodzinny spacer w dół i w górę po jedynym (hic!) parku narodowym w Danii (gdzie można wjechać sobie autem - taki to już park), zbieranie skamieniałości (w tym anyżkopodobnych skamieniałych macek ośmiornicy - wciąż nie jestem przekonany co do ich autentyczności) i poznawanie nowych mieszkańców Ameryki ("U nas w Kalifornii nie jest tak zimno nawet w zimie") zakończyliśmy pobieżną konsumpcją Najdroższych Jajek Świata, po czym udaliśmy się do "Ogrodu Romantycznego" wybudowanego w XVIII wieku (tak, tak, Duńczycy byli forpocztą romantyzmu), gdzie mogliśmy zobaczyć: jeziorko (krajobraz Norwegii), trawę (krajobraz Danii), bezkształtny pagórek (piramidy Egipskie), bardzo-brzydki-i-kolorową szopę (chiński domek herbaciany). Jak się łatwo domyślić z całej wycieczki to nie był ten fragment, przy którym oszalałem (szczególnie po powalających-na-łopatki-i-trzymających-w-poziomie-przez-długie-chwile klifach) z radości.





Następnym naszym celem był XIV-wieczny kościół z kredy (jedyny budulec w okolicy) z średniowiecznymi freskami - krótki, lecz ujmujący epizod przedstawiający sztukę ludową dawnych Duńczyków.



Na ostatek - perełka mające czterdzieści wieków groby pra-Duńczyków - kurhan bogaczy (zwiedziliśmy ciemne wnętrze - patrz filmik) i dolmen biedaków (tu wnętrze było w dużej części tożsame z zewnętrzem).



Słowem - dzień udany i to, choć wycieczka była zorganizowana (ajajajajaj).

Jazz Session - Chrystiania vs. La Fontaine

W ten weekend wybraliśmy się do klubu jazzowego na Chrystianii. Klub okazał się jednak zadymioną norą, wytrzymaliśmy tam więc tylko około minuty. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej i zdecydowaliśmy się pójść do sprawdzonego miejsca, tj. do La Fontaine. Tym razem koncert, jaki wysłuchaliśmy przebił wszystkie poprzednie. Jeśli ta (rosnąca) tendencja się utrzyma, i każdy kolejny koncert będzie lepszy, to za jakiś miesiąc zdecyduję się chyba nie wracać do Polski.

Ogród botaczniczny - odsłona 2

Dla ścisłości. Dla mnie odsłona 2. Dla Andrzeja 4.

Jako, że w Danii wegetacja w pełni (temperatura zaczyna nieśmiało przekraczać +10 stopni), postanowiliśmy wybrać się z Julią i Andrzejem do ogrodu botanicznego. Trzeba przyznać Duńczykom zamiłowanie do ogrodów i parków. Kopenhaga w nie obfituje. Przez co samo miasto jest piękne i zielone.

Eksperymentatorium

W piątek wybraliśmy się do Eksperymentatorium, tj. specjalnego miejsca, gdzie dzieci mogą się uczyć, bawiąc się interaktywnymi eksponatami. Rzecz jasna fakt, że mieliśmy o jakieś 10 lat za dużo wcale nie zepsuł nam zabawy.

Magnolia party

Instytut Nilsa Bohra zorganizował z okazji wiosny (a dokładniej z okazji zakwitnięcia magnolii, które licznie rosną na terenie instytutu) darmową wyżerkę poczęstunek. Nie ukrywam, że poszedłem tam z Andrzejem tylko z powodu ciasta. Dobre było. Trzeba zacząć robić takie rzeczy w Krakowie.

niedziela, 9 maja 2010

Kwantowa teoria pola cz. II.



Od kilku już tygodni uczęszczamy na zajęcia z kwantowej teorii pola, a dokładnie na drugą część kwantowej teorii pola (pierwszą część szczęśliwie zaliczyliśmy). Mamy trzech prowadzących i każdy z nich prowadził/prowadzi/będzie prowadzić inną część kursu.

Pierwsza część prowadziła pani doktor pochodząca z Włoch. Była ona na temat abelowych i nieabelowych teorii cechowania (główny nacisk położony był na QCD i QED). Marzyłbym o tym, żeby wszyscy prowadzący podchodzili tak do prowadzenia wykładu jak ona. Co chwilę odwracała się i pytała, czy wszystko rozumiemy, a gdy tylko zauważyła, że ktokolwiek ma niewyraźną minę powtarzała wszystko. Kolejną jej zaletą było to, że skróciła zajęcia czwartkowe. Zamiast 4 godzin od 8 do 12 mieliśmy tylko 2,5 godziny od 9-30 do 12. A więc 1,5 godziny więcej mogliśmy spać.

Kolejna część o efektywnym obliczaniu amplitud w QCD była przerażająca. Na pierwszym wykładzie czułem się jak małpa, która przepisuje wszystko z tablicy nic nie rozumiejąc. Po przeczytaniu jednak artykułu, z którego będziemy mieli egzamin z tej części, muszę przyznać, że temat jest dość interesujący.

Ostatnia część zaczyna się w najbliższy wtorek. Będzie ona o supersymetrii w kwantowej teorii pola (SUSY) oraz o minimalnie symetrycznym modelu standardowym (MSSM). Zapowiada się interesująco. Relacja z kolejnej części kursu pojawi się również na blogu.

Obiad włoski - spóźniona relacja

Obiad włoski odbył się 28 kwietnia. Jednak z powodu natłoku wydarzeń (a także zwyczajnych uczelnianych obowiązków), nie został jeszcze tu opisany.

Jako, że sława naszych "narodowych obiadów" rozeszła się już szeroko, gości było ponad 20. Obiad odbył się w naszym kolegium - nigdzie bowiem indziej nie mogliśmy znaleźć kuchni mogącej pomieścić tyle osób.

Po tym obiedzie z pełnym rozumieniem odnoszę się do faktu, że kuchnia włoska zasłynęła na całym świecie. Zaserwowane nam specjały były ambrozją dla naszych podniebień. Viva l'Italia! Viva Luca e Chiara, Viva!

Jazz Session - La Fontaine

Zachęceni poprzednim sukcesem, postanowiliśmy każdego tygodnia wybierać się na jeden koncert jazzowy (a dokładniej na jazz session). Żeby nie ograniczać się tylko do jednego lokalu, wybraliśmy się do nowego miejsca o nazwie La Fontaine. Poza mną, Marcinem F. i Julią, była razem z nami matka Julii - postanowiła przyjechać ze Szwajcarii i odwiedzić córkę. Przy okazji zaś wykorzystać urlop i okrążyć rowerem Danię*. Niesamowita kobieta, trzeba przyznać. I do tego bardzo miła.

Co do samej muzyki, stwierdziliśmy, że to jeszcze lepsze miejsce niż poprzednie. Musimy się tam jeszcze wybrać!

----------------------
* - trzeba dodać, że w tym czasie temperatura w Danii utrzymywała się na poziomie +5 stopni. Jednego dnia zaś zdarzyła się nawet śnieżna zadymka.

sobota, 8 maja 2010

Frederiksborg slot.



Razem z Marcinem i Sarą (z Kanady) wybraliśmy się ostatniej niedzieli do Hillerød w celu zwiedzenia tamtejszego zamku i ogrodu. Przy okazji wykorzystywaliśmy okazję i podróżowaliśmy za darmo, gdyż w każdą pierwszą niedzielę miesiąca miejskie pociągi są darmowe.

Pogoda dopisała nam bardzo. Słońce świeciło. Sam pałac okazał się niesamowicie interesujący (pisze to osoba, która nie lubi muzeów i uważa, że są nudne). Cztery piętra pełne obrazów, rzeźb i innych eksponatów, które naprawdę nie pozwalały się nudzić. Ale i tak najlepsze zostawiliśmy sobie na koniec. W pobliżu zamku znajduje się ogród, który po prostu zapiera dech w piersiach. Spora jego część jest zrobiona w stylu francuskim. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że był to najpiękniejszy ogród/park, w którym byłem.

Legoland - recenzja 3

Legoland - recenzja 2

Ostatniego dnia kwietnia, nim słońce jeszcze wstało, poprzez wietrzną i deszczową duńską wiosnę wyruszyliśmy na całodzienną wycieczkę do mekki każdego dziesięciolatka - Legolandu. Nauczeni doświadczeniem zabraliśmy plecaki pełne prowiantu i (zaskakująco) dobry humor.


Pierwsze trzy godziny w pociągu spędziliśmy na byciu wyrzucanymi z kolejno zajmowanych siedzeń w wagonach (jak się okazało ostatni piątek kwietnia to w Dani - kraju świeckim i zsekularyzowanym (jak to Duńczycy lubią podkreślać) - Dzień Modlitwy - wolny od pracy, a więc i przepełniający pociągi). Znalazłszy w końcu wolne miejsca musieliśmy znosić między innymi: identyfikację z poduszką (Marcin A. przez sympatycznego jegomościa o wyglądzie żula), czy przyjacielskie zaczepki pijanego, ciemnoskórego "biznesmena" z USA (nieszczęsny ja). Ostatecznie dotarliśmy w końcu do Vejle, skąd autobus do Legolandu (kolejne 40 minut) odjeżdżał już niedługo.

Wyczerpani, przemoczeni i coraz bardziej podnieceni dotarliśmy koło 11 do Legolandu - cóż to był za widok! Średnia wieku wynosiła co prawda jakieś 20-25 lat, ale odchylenie było potężne. Horda dzieciąt wspomagana rodzicami/dziadkami/wujkami/ciociami/opiekunami prawnymi rozpalona gorączką duńskich klocków szturmowała bramę główną.

Na nasze szczęście przedziały wiekowe okazały się niejako naszym wybawieniem: Park można podzielić na dwie części: miniaturowy świat wykonany z klocków (m.in. zamek królewski duńskiej rodziny królewskiej - 900 000 elementów) oraz część z karuzelami i innymi atrakcjami. I tu profitował nasz niejako dziwaczny na to miejsce wiek - dzieciątka nie paliły się (a raczej ich rodzice), do przejażdżek w deszczu i chłodzie na karuzelach, gdzie (między innymi) można całkowicie się zamoczyć (jak podróż do Walhalli - potężny, ośmioosobowy ponton spuszczany z 15 metrów wprost do basenu pełnego wody). Nie do ominięcia były też dziwaczny rollercoaster (patrz film), laserowy atak na grobowiec ze szkieletami (lepiej brzmi niż wygląda), konkurs sprawności strażackich (który wraz z Angelą przegraliśmy - wyprzedzając tylko parę ośmiolatków), czy ramię robota, które po poprzednim zaprogramowaniu (w ograniczony sposób przez nas samych) rzucało nas na prawo i lewo (ograniczenie wzrostu 190 cm okazało się dla mnie boleśnie istotne).

Samo miasteczko było ujmującym dowodem na istnienie ludzkiej cierpliwości i talentu - miliony (dosłownie) klocków, połączone w przepiękne układy przedstawiające między innymi: Tokio, Los Angeles, Kopenhagę, Amsterdam, wybrzeża Szwecji, Norwegii, Szkocję, Szwajcarię, czy też wyidealizowane lotniska, porty i koleje - wszystko upiększone elementami ruchomymi, zaczynając od prostych łódeczek na sznurku, przez samochodziki jeżdżące, jak się wydawało, samopas, czy majestatyczne śluzy wodne (patrz filmy).

Po parunastu godzinach, zmęczy, acz szczęśliwi, wróciliśmy (z plecakami wypełnionymi klockami Lego - a co!) do naszych mieszkań w Kopenhadze, spędzając urocze 3 godziny jazdy pociągiem na próbach wyjaśnienia zawiłości polskiej gramatyki wspaniałym i niestrudzonym koleżankom: Juli i Elisabeth, czy dyskusji z negatywnie nastawionym do Ameryki pracownikiem Legolandu.

Więcej zdjęć w:
Legoland