Wycieczka do Polski udała się znakomicie. Odlatując do Kopenhagi, obcokrajowcy mówili, że dzięki naszym staraniom (i pogodzie, która zrobiła nam wszystkim miłą niespodziankę), zapamiętają Polskę jako kraj niezwykle ciepły i przyjazny.
Na zdjęciach piątkowa wycieczka na Wawel ze mną w roli nielicencjonowanego przewodnika.
Recenzję z tego spotkania miał wrzucić Marcin F., ale z powodu jego absencji podejmę się trudu relacji.
Oficjalnie nazwa imprezy brzmiała: "Polish physicists trying to cook Colombian dinner". Dokonaliśmy bowiem sprawiedliwego podziału obowiązków: Angela z Kolumbii poprosiła swoją mamę o przesłanie przepisu, a następnie przetłumaczyła go z hiszpańskiego na angielski. My zaś, razem z Julią z Szwajcarii to wszystko gotowaliśmy.
Dla mnie przygotowania do obiadu zaczęły się już rankiem. Trzeba było zrobić zakupy, a następnie upiec 2 ciasta (czekoladowe i malinowo-jagodowe). Po południu przyszła Julia i Angela. Wtedy to przygotowania ruszyły pełną parą. Szatkowaliśmy, cieli, dłubali, smażyli, miętosili, aż wreszcie uzyskaliśmy mniej, lub bardziej spodziewane efekty.
Żeby nie popadać w samozachwyt, to trzeba dodać, że z ryżu zrobił się kleik, a ryba porozwalała się podczas pieczenia. Tylko smażone banany i sałatka cebulowo-awokadowa wyszły takie, jakie miały wyjść.
Zdecydowani podziwiać uroki oranżerii i palmiarni w kopenhaskim ogrodzie botanicznym, ruszyliśmy w zeszłą niedzielę wraz Marcinem F. przez zaskakująco słoneczne miasto, aby dotrzeć w sam raz na krótkie (bo godzinne) otwarcie szklarni.
Mile zaskoczeni temperaturą i nasłonecznieniem weszliśmy w parne pomieszczenia oranżerii i palmiarni, żądni estetycznych doświadczeń tak i wzrokowych, jak i zapachowych. W tej kwestii Kopenhaga nas nie zawiodła.
Wpierw mieliśmy okazję podziwiać palmiarnię - kilkunastometrowe pomieszczenie na palnie koła, z antresolą na wysokości jakichś dziesięciu metrów. Zarówno z dołu, jaki i z góry widok był przytłaczający - morze zieleni, zespolone drzewa lasów tropikalnych z całego świata, mocno oświetlone przez przeszklone ściany (filmy numer 1 i 2).
Następne były dwa mniejsze pomieszczenia - rośliny wodne (film 3) z małym stawikiem pełnym ryb - i rośliny śródziemnomorskie (film 4), między innymi z drzewkami pistacjowymi (zarówno żeńskim jak i męskim.
Na koniec pozostały nam najbardziej niedostępne atrakcje - otwarte tylko trzy razy w tygodniu po godzinie (oczywiście nie tej samej) szklarnie - z kaktusami i z orchideami.
Przestaliśmy się obijać i zaczęliśmy się uczyć. Tym też można tłumaczyć znikomą częstotliwość aktualizacji bloga. Niemniej w sobotę planowany jest polsko-kolumbijsko-szwajcarski obiad na 20 osób. Pojawią się więc jakieś nowe zdjęcia.
Z tego, co się uczyłem, po if oraz po for można napisać 1 komendę i nie trzeba używać nawiasów. Czyli pierwszy i drugi przykład powinny dawać ten sam wynik. A nie dają.
Czyli tylko jak połączysz te 2 przypadki razem i napiszesz to co w pierwszym przykładzie, kompilator gubi się w kolejności wykonywanych operacji. I trzeba użyć nawiasów, żeby mu pomóc.
Eskapady wolnego tygodnia ciąg dalszy. W czwartek marca czwartego dnia, wybraliśmy się z Marcinem F. do ogrodu botanicznego.
Absencja Marcina A. zaczęła nas powoli martwić, ale, ponieważ w bajkach wszystko dobrze się kończy, wyszło na jaw, iż ów programował sobie. Półtorej doby czy coś w tym stylu. Zbiór studentów fizyki z Krakowa będących na wymianie w Kopenhadze minus zbiór jednoelementowy {Marcin Abram} zaczyna źle się czuć z powodu lenistwa, które najwidoczniej uprawia.
Wracając jednak do ogrodu, który jest kolejną atrakcją nie wymagającą obciążania budżetu, to odkryciem nie było, że zimą na zewnątrz oglądać co nie ma. A że oranżerie są czynne tylko w czwartki, soboty i niedziele od 1 do 2 po południu (kaktusy) i od 2 do 3 (orchidee), to pozostał nam uroczy spacer alejkami, wraz z parką ośmioletnich bąbli wołających za nami po duńsku (pewno i obraźliwości, ale któż wie)...
W pędzie ku samodoskonaleniu, zatraceni w masochizmie w środę 3 III wybraliśmy się wraz z Marcinem F. do Państwowego muzeum sztuk. Ot typowy XIX-wieczny budyneczek z XXI-wieczną dobudówką (jak pięść do oka).
Lecz sztuka średniowieczna, renesansowa, czy choćby ta z Baroku w niczym nie umywały się do arcydzieł nowoczesności, takich jak "Dzieło w ośmiu częściach" składające się z 8 kupek soli, czy "Patriotyzm":
Ostatecznie jednak zarówno zabawa, jak i doznania estetyczne były niezwykłe, a stosunek jakość/cena dąży do nieskończoności (choć to akurat zasługa darmowych biletów).
Nie chcąc tracić cennego tygodnia wolnego, w chwili szaleństwa ugotowaliśmy obiad i zaprosiliśmy gości. Niestety - misja nie robienia z siebie idioty została wykonana w 100% tylko przez Pana Abrama.
Co więcej - nie możemy nawet dowartościować naszych męskich dum i tłumaczyć tego zachowania alkoholem.
Pisałem już (1 marca), że mój rower odmówił posłuszeństwa. Gdy zaprowadziłem go do mechanika, ten stwierdził, że to poważna awaria, oraz że naprawa jej zajmie mu 3 dni i będzie mnie kosztować co najmniej 400 koron.
Stwierdziłem, że zanim zdecyduję się na ostateczność (tj. wydanie MOICH pieniędzy!), spróbuję poradzić sobie z tym problemem SAM.
Przyjrzałem się uszkodzeniu i ... remedium okazało się proste. Wystarczyło rower UMYĆ. Teraz wszystko się kręci jak trzeba.
Pełni dobrych chęci, wyruszyliśmy dziś po przygodę, czyli zobaczyć mityczne plaże w Kopenhadze. Niestety, mój błąd spowodował, że trafiliśmy na plażę na Amager. Mimo to okazja by podziwiać morze (też), Malme (w oddali) i most (czasami), lecz przede wszystkim uroczej fabryki, minęła zaskakująco niebezpiecznie przechodząc w zawieruchę.
Zapisaliśmy się jako szczurki doświadczalne do eksperymentu przeprowadzanego w Zakładzie Ekonomii Eksperymentalnej Uniwersytetu Kopenhaskiego. Przez godzinę klikaliśmy myszką kupując i sprzedając wyimaginowane dobra za wcale konkretne pieniądze. Końcowy wynik miał być powiem wypłacony nam po kursie 1:11 w duńskich koronach. Moja dość mało agresywna technika:
     
while(time > 0)
{
    x = średnia wartość dywidend za 1 akcję razy liczba tur do końca;
    if (cena kupna akcji < x) kup akcję;
    if (cena spprzedaży akcji > x) sprzedaj akcję;
    else sleep(1);
}
sprawiła, że w godzinę zarobiłem 3740, tj. po przeliczeniu na realne pieniądze, 340 koron.
Niestety mój rower odmówił posłuszeństwa. Mechanik wycenił robociznę na 400 koron. Słowem - szybko przyszło, szybko poszło.
Swoją drogą podczas eksperymentu można było zaobserwować piękną bańkę, która pompowana w ostatnich rundach pękła z hukiem przeceniając akcje ponad dziesięciokrotnie. Nie ma to jak zachowania stadne... Niemniej przez nielogiczność innych graczy, trzymanie się powyższego algorytmu spowodowało, że już w połowie eksperymentu wyprzedałem wszystkie akcje i pozostały czas przyszło mi się tylko nudzić.