piątek, 5 marca 2010

Ogród botaczniczny

Eskapady wolnego tygodnia ciąg dalszy. W czwartek marca czwartego dnia, wybraliśmy się z Marcinem F. do ogrodu botanicznego.

Absencja Marcina A. zaczęła nas powoli martwić, ale, ponieważ w bajkach wszystko dobrze się kończy, wyszło na jaw, iż ów programował sobie. Półtorej doby czy coś w tym stylu. Zbiór studentów fizyki z Krakowa będących na wymianie w Kopenhadze minus zbiór jednoelementowy {Marcin Abram} zaczyna źle się czuć z powodu lenistwa, które najwidoczniej uprawia.

Wracając jednak do ogrodu, który jest kolejną atrakcją nie wymagającą obciążania budżetu, to odkryciem nie było, że zimą na zewnątrz oglądać co nie ma. A że oranżerie są czynne tylko w czwartki, soboty i niedziele od 1 do 2 po południu (kaktusy) i od 2 do 3 (orchidee), to pozostał nam uroczy spacer alejkami, wraz z parką ośmioletnich bąbli wołających za nami po duńsku (pewno i obraźliwości, ale któż wie)...

1 komentarz:

  1. A i owszem. Dopadła mnie melancholia za czasami, kiedy to trzeba się było zrywać rankami, pędzić na uczelnię i uczyć do zmroku (i po zmroku).

    Próbowałem namówić chłopaków, żeby się do mnie przyłączyli, i żebyśmy razem się czegoś pouczyli. Choćby czegoś tak radosnego jak algorytmika. Ale po pierwszym zadaniu ze SPOJ-a spasowali.

    OdpowiedzUsuń