Recenzję z tego spotkania miał wrzucić Marcin F., ale z powodu jego absencji podejmę się trudu relacji.
Oficjalnie nazwa imprezy brzmiała: "Polish physicists trying to cook Colombian dinner". Dokonaliśmy bowiem sprawiedliwego podziału obowiązków: Angela z Kolumbii poprosiła swoją mamę o przesłanie przepisu, a następnie przetłumaczyła go z hiszpańskiego na angielski. My zaś, razem z Julią z Szwajcarii to wszystko gotowaliśmy.
Dla mnie przygotowania do obiadu zaczęły się już rankiem. Trzeba było zrobić zakupy, a następnie upiec 2 ciasta (czekoladowe i malinowo-jagodowe). Po południu przyszła Julia i Angela. Wtedy to przygotowania ruszyły pełną parą. Szatkowaliśmy, cieli, dłubali, smażyli, miętosili, aż wreszcie uzyskaliśmy mniej, lub bardziej spodziewane efekty.
Żeby nie popadać w samozachwyt, to trzeba dodać, że z ryżu zrobił się kleik, a ryba porozwalała się podczas pieczenia. Tylko smażone banany i sałatka cebulowo-awokadowa wyszły takie, jakie miały wyjść.
Oficjalnie nazwa imprezy brzmiała: "Polish physicists trying to cook Colombian dinner". Dokonaliśmy bowiem sprawiedliwego podziału obowiązków: Angela z Kolumbii poprosiła swoją mamę o przesłanie przepisu, a następnie przetłumaczyła go z hiszpańskiego na angielski. My zaś, razem z Julią z Szwajcarii to wszystko gotowaliśmy.
Dla mnie przygotowania do obiadu zaczęły się już rankiem. Trzeba było zrobić zakupy, a następnie upiec 2 ciasta (czekoladowe i malinowo-jagodowe). Po południu przyszła Julia i Angela. Wtedy to przygotowania ruszyły pełną parą. Szatkowaliśmy, cieli, dłubali, smażyli, miętosili, aż wreszcie uzyskaliśmy mniej, lub bardziej spodziewane efekty.
Żeby nie popadać w samozachwyt, to trzeba dodać, że z ryżu zrobił się kleik, a ryba porozwalała się podczas pieczenia. Tylko smażone banany i sałatka cebulowo-awokadowa wyszły takie, jakie miały wyjść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz