Jechałem sobie grzecznie ścieżką rowerową. Chciałem przejechać przez skrzyżowanie prosto. Patrzę. Mam zielone światło to jadę. Niestety pan w samochodzie obok mnie też miał zielone światło, ale mnie nie zauważył i zaczął skręcać. Nie zdążyłem zahamować i wjechałem w jego tylne prawe drzwi. Zgodnie z zasadą zachowania pędu... Żartuję, ten post będzie bez fizyki. Generalnie tylko rower został uszkodzony w wyniku zderzenia z samochodem. Ja po prostu spadłem na ziemię. W wyniku uderzenia o ziemię (muszę przyznać, że uderzenie z tą prędkością tyłkiem o ziemie nie należy do najbardziej przyjemnych) nie potrafiłem wziąć oddechu ani się za bardzo poruszyć.
W ciągu jakiś 5 sekund wokół mnie znalazło się stado gapiów, którzy nie wiedzieli co zrobić. Któryś z nich zadzwonił po karetkę, a jeszcze inny podszedł do mnie i powiedział:"Czy nie mógłby się Pan przenieść na chodnik, bo tutaj Pan tak leży, że się zaraz korek zrobi*". Postanowiłem zignorować uwagę miłego Pana. Wtedy usłyszałem, że karetka i policja podjeżdża.
Pierwszym pytaniem, które usłyszałem od sanitariusza/lekarza nie było wcale, co mi jest, ale jaki jest mój numer CPR**. Numer został zapisany przez policjantkę i sanitariusza, a następnie zaczęła się akcja. Przenieśli mnie do karetki i zawieźli do szpitala. W szpitalu generalnie się nie spieszyli. Pomiędzy wizytami w moim pokoju kolejnych lekarzy mijała średnio godzina.
Pierwszy przyszedł student medycyny i jego profesor. Student chyba był na ortopedii, bo wszystko było w porządku z badaniem, dopóki zacząłem się skarżyć na ból w okolicach nerek. W tym momencie zrobił minę kota ze Shreka i inicjatywę musiała przejąć pani doktor. Po chwili wyszli.
Po następnej godzinie przyszła pani chirurg i zbadała mój brzuch. Okazało się, że wszystko jest w porządku, ale podejrzewa, że moje nerki mogą być zniszczone. (Swoją drogą, czy sytuacja, wktórej nie pracują nerki jest w porządku, nie wiem, ale nie mi oceniać).
Po kolejnej godzinie zawieźli mnie na rentgena. Chcieli zrobić tomografię, ale niestety moje śrubki w kolanie uniemożliwiły to. Nie chciałem bowiem, żeby w trakcie badania moje kolano eksplodowało. Przywieźli mnie spowrotem do pokoju i powiedzieli, że za 5 minut będą wyniki i przyjdzie lekarz ze mną porozmawiać.
Po kolejnej godzinie przyszła pielęgniarka, mówiąc, że nie ma wyników rentgena, ale muszą mi zrobić badanie moczu. Mimo usilnych starań, nie udało mi się umożliwić im tego badania, gdyż cały czas leżałem na łóżku. W końcu zadzwonili "z góry", że z kręgosłupem jest wszystko w porządku i mogę chodzić. Pielęgniarka postawiła mnie na nogi. Chwilę przy niej postałem, pochodziłem i było w porządku. Zaprowadziła mnie do toalety, żebym w końcu oddał im prókę do badania. W tym momencie ukazała się znowu moja inteligencja szympansa, bo zamiast próbkę oddać do butelki oddałem ją do ścieków. Ale nie to najważniejsze z mojego pobytu w toalecie. Gdyż nagle znalazłem się w autobusie...
Po jakimś czasie (ciężko mi ustalić jak długo trwała moja podróż w autobusie) usłyszałem huk w mojej głowie i zorientowałem się, że leżę na czymś twardym, moja głowa mnie zaj****cie boli i coś złego stało się zmoją kostką. Okazało się bowiem, że wcale nie byłem w żadnym autobusie (a szkoda, bo jak byłem w tym autobusie, to przynajmniej mnie nic nie bolało) tylko straciłem przytomność. Zaprowadzili mnie spowrotem do pokoju. Pielęgniarki w tym momencie kazały mi przestać przepraszać. Widocznie miały tego dość.
Musiałem zostać na kolejne kilka godzin na obserwację. Pielęgniarki i neurochirurg musieli mnie oglądać, czy nie mam czasem wstrząsu mózgu. Chwilę później przyszli Marcin i Andrzej i od tego czasu przynajmniej mi się nie nudziło. Bo wizyty lekarzy miały taką samą częstotliwość jak wcześniej. Zrobili mi jeszcze 2 czy 3 badania moczu. Okazało się, że trochę krwi w nim jest, co mogło wskazywać na lekkie uszkodzenie nerek. Postanowili mnie jednak wypisać, ale kazali powtórzyć testy za 2-3 tygodnie.
Jeszcze dwa szczegóły. Po godzinie od straty przytomności pielęgniarka się zlitowała i przyniosła mi jedzenie. Dwie kanapki. Pierwsza podobno z jajkiem, którego tam nie wyczuwałem. Mimo to i tak była to najlepsza kanapka jaką jadłem (być może dlatego, że wcześniej nic nie jadłem od około 17 godzin - patrz post Marcina o obiedzie przygotowanym przez Camille). Ostatni szczegół. Chciałem podziękować Andrzejowi i Marcinowi za opiekowanie się mną. Szczególnie Marcinowi za to, że zgodził się spać w moim pokoju w noc po wypadku, co było wymaganiem lekarzy. Gdyby się nie zgodził musiałbym spędzić kolejne godziny w szpitalu.
Teraz czuję się już lepiej. Jedynie wszystkie mięśnie mnie bolą i nie mogę się zbyt szybko ruszać, ale i tak jest to stan o wiele lepszy od stanu, w którym znajdowałem się w poniedziałek.
*tłumaczenie z angielskiego,
**numer CPR - nie mając tego numeru w Danii, nie załatwisz dokładnie nic, z kolei mając ten numer załatwisz wszystko, możesz na przykład mieć dostęp do konta podając tylko ten numer, możesz zrobić zakupy przez Internet na kogoś innego podając jego numer CPR, generalnie jak dla mnie system jakiś patologiczny
W ciągu jakiś 5 sekund wokół mnie znalazło się stado gapiów, którzy nie wiedzieli co zrobić. Któryś z nich zadzwonił po karetkę, a jeszcze inny podszedł do mnie i powiedział:"Czy nie mógłby się Pan przenieść na chodnik, bo tutaj Pan tak leży, że się zaraz korek zrobi*". Postanowiłem zignorować uwagę miłego Pana. Wtedy usłyszałem, że karetka i policja podjeżdża.
Pierwszym pytaniem, które usłyszałem od sanitariusza/lekarza nie było wcale, co mi jest, ale jaki jest mój numer CPR**. Numer został zapisany przez policjantkę i sanitariusza, a następnie zaczęła się akcja. Przenieśli mnie do karetki i zawieźli do szpitala. W szpitalu generalnie się nie spieszyli. Pomiędzy wizytami w moim pokoju kolejnych lekarzy mijała średnio godzina.
Pierwszy przyszedł student medycyny i jego profesor. Student chyba był na ortopedii, bo wszystko było w porządku z badaniem, dopóki zacząłem się skarżyć na ból w okolicach nerek. W tym momencie zrobił minę kota ze Shreka i inicjatywę musiała przejąć pani doktor. Po chwili wyszli.
Po następnej godzinie przyszła pani chirurg i zbadała mój brzuch. Okazało się, że wszystko jest w porządku, ale podejrzewa, że moje nerki mogą być zniszczone. (Swoją drogą, czy sytuacja, wktórej nie pracują nerki jest w porządku, nie wiem, ale nie mi oceniać).
Po kolejnej godzinie zawieźli mnie na rentgena. Chcieli zrobić tomografię, ale niestety moje śrubki w kolanie uniemożliwiły to. Nie chciałem bowiem, żeby w trakcie badania moje kolano eksplodowało. Przywieźli mnie spowrotem do pokoju i powiedzieli, że za 5 minut będą wyniki i przyjdzie lekarz ze mną porozmawiać.
Po kolejnej godzinie przyszła pielęgniarka, mówiąc, że nie ma wyników rentgena, ale muszą mi zrobić badanie moczu. Mimo usilnych starań, nie udało mi się umożliwić im tego badania, gdyż cały czas leżałem na łóżku. W końcu zadzwonili "z góry", że z kręgosłupem jest wszystko w porządku i mogę chodzić. Pielęgniarka postawiła mnie na nogi. Chwilę przy niej postałem, pochodziłem i było w porządku. Zaprowadziła mnie do toalety, żebym w końcu oddał im prókę do badania. W tym momencie ukazała się znowu moja inteligencja szympansa, bo zamiast próbkę oddać do butelki oddałem ją do ścieków. Ale nie to najważniejsze z mojego pobytu w toalecie. Gdyż nagle znalazłem się w autobusie...
Po jakimś czasie (ciężko mi ustalić jak długo trwała moja podróż w autobusie) usłyszałem huk w mojej głowie i zorientowałem się, że leżę na czymś twardym, moja głowa mnie zaj****cie boli i coś złego stało się zmoją kostką. Okazało się bowiem, że wcale nie byłem w żadnym autobusie (a szkoda, bo jak byłem w tym autobusie, to przynajmniej mnie nic nie bolało) tylko straciłem przytomność. Zaprowadzili mnie spowrotem do pokoju. Pielęgniarki w tym momencie kazały mi przestać przepraszać. Widocznie miały tego dość.
Musiałem zostać na kolejne kilka godzin na obserwację. Pielęgniarki i neurochirurg musieli mnie oglądać, czy nie mam czasem wstrząsu mózgu. Chwilę później przyszli Marcin i Andrzej i od tego czasu przynajmniej mi się nie nudziło. Bo wizyty lekarzy miały taką samą częstotliwość jak wcześniej. Zrobili mi jeszcze 2 czy 3 badania moczu. Okazało się, że trochę krwi w nim jest, co mogło wskazywać na lekkie uszkodzenie nerek. Postanowili mnie jednak wypisać, ale kazali powtórzyć testy za 2-3 tygodnie.
Jeszcze dwa szczegóły. Po godzinie od straty przytomności pielęgniarka się zlitowała i przyniosła mi jedzenie. Dwie kanapki. Pierwsza podobno z jajkiem, którego tam nie wyczuwałem. Mimo to i tak była to najlepsza kanapka jaką jadłem (być może dlatego, że wcześniej nic nie jadłem od około 17 godzin - patrz post Marcina o obiedzie przygotowanym przez Camille). Ostatni szczegół. Chciałem podziękować Andrzejowi i Marcinowi za opiekowanie się mną. Szczególnie Marcinowi za to, że zgodził się spać w moim pokoju w noc po wypadku, co było wymaganiem lekarzy. Gdyby się nie zgodził musiałbym spędzić kolejne godziny w szpitalu.
Teraz czuję się już lepiej. Jedynie wszystkie mięśnie mnie bolą i nie mogę się zbyt szybko ruszać, ale i tak jest to stan o wiele lepszy od stanu, w którym znajdowałem się w poniedziałek.
*tłumaczenie z angielskiego,
**numer CPR - nie mając tego numeru w Danii, nie załatwisz dokładnie nic, z kolei mając ten numer załatwisz wszystko, możesz na przykład mieć dostęp do konta podając tylko ten numer, możesz zrobić zakupy przez Internet na kogoś innego podając jego numer CPR, generalnie jak dla mnie system jakiś patologiczny
Oj Marcin... "spowrotem" to chyba z powodu wypadku... Trzymaj sie!
OdpowiedzUsuńRower to twój ulubiony problem.
OdpowiedzUsuńTe twoje przygody rowerowe są coraz bardziej niebezpieczne.
M.F.
Jak zwykle autoironiczny,co nie zmienia faktu, że czytałam z zaniepokojeniem.
OdpowiedzUsuńMonika J.W.