No więc stało się. Zostaliśmy zaproszeni na kolejną imprezę. Koleżanka z liceum napisała do mnie przez facebook'a, więc poszliśmy.
Zaraz po kursie językowym weszliśmy do sklepu, żeby się dobrze zaopatrzyć. Każdy bowiem miał sobie samemu zorganizować napoje wyskokowe. Zaszaleliśmy i wyskoczyliśmy z forsy po czym w naszych plecakach znalazła się wódka o zachęcającej nazwie: "Cracoviana" (czy jakoś tak). Zadowoleni, że ostatecznie to tak drogo nie było pojechaliśmy do domu. (Swoją drogą racjonalizacja zakupów, czyli mówienie sobie: "Eeee, w sumie nie wyszło to tak drogo. Mogłem sobie pozwolić" wychodzi nam coraz lepiej. Podejrzewam, że za miesiąc już takich dylematów mieć nie będziemy).
Obiadek no i w drogę. Jak to zwykle bywa, po drodze mieliśmy bardzo interesującą rozmowę na temat ekshibicjonizmu Duńczyków. Zauważyłem bowiem, że w jednym z domów na parterze rodzina miała ogromne okno, w którym nie było ani firan ani żaluzji. Jak dla mnie nie do przyjęcia. Wywiązała się długa rozmowa, która trwała aż dotarliśmy do Keops Kollegium. Generalnie wiedzieliśmy tylko, że impreza odbywa się właśnie w tym budynku, ale nic więcej. Teraz sobie myślę, że ten ekshibicjonizm nas uratował, bo właściwie tylko dzięki temu, że sala, w której mieliśmy mieć imprezę nie miała firan, mogliśmy z zewnątrz stwierdzić, że pewnie tam mamy iść. Po chwili byliśmy w środku (w zasadzie chwila trwała dość długo, bo nie byliśmy pewni, że dobrze trafiliśmy i kłóciliśmy się o to, kto powinien wejść pierwszy).
Impreza była przednia. Najpierw zjedliśmy trochę grochówki, a potem zaczęła się konsumpcja wspomnianej już wcześniej "Cracoviany". Nigdy nie piłem czegoś tak ohydnego. Ale ostatecznie wypiliśmy do ostatniej kropli. Impreza generalnie była polska z lekkimi akcentami międzynarodowymi. Przeważali ścisłowcy (matematycy, informatycy etc.). Czuliśmy się więc jak ryby w wodzie. O 2 postanowiliśmy wrócić. Stwierdziłem dziś, że droga, którą pokonaliśmy idąć z powrotem była dwa razy dłuższa od drogi na imprezę. Powodem nie było zgubienie się, ale jakaś dziwna nieumiejętność chodzenia po linii prostej. Generalnie przesuwaliśmy się w dobrym kierunku, ale były ogromne zaburzenia na tej drodze. Dotarliśmy do domu i szczęśliwie położyliśmy się spać. Kolejna impreza, którą na pewno można uznać za udaną.
Rano gdy założyłem okulary, stwierdziłem, że musiałem je nieźle popalcować na imprezie. Nie widziałem kompletnie nic. Wziąłem prysznic, zrobiłem sobie śniadanie i stwierdziłem, że warto byłoby jednak je umyć. Gdy chciałem jednak nalać mydła na szkła okazało się, że ich nie było w oprawkach. Leżały sobie grzecznie pod moim łóżkiem. Obudziłem też Marcina mówiąc, że musimy już wychodzić (dziś mieliśmy wycieczkę do browaru, o której napiszę jutro). Pogoniłem Marcina, po czym okazało się, że mamy jeszcze pół godziny. Nie pamiętałem, że podczas imprezy wypadła mi bateria i zegar się zrestartował. Widocznie ta grochówka źle na mnie podziałała.
Zaraz po kursie językowym weszliśmy do sklepu, żeby się dobrze zaopatrzyć. Każdy bowiem miał sobie samemu zorganizować napoje wyskokowe. Zaszaleliśmy i wyskoczyliśmy z forsy po czym w naszych plecakach znalazła się wódka o zachęcającej nazwie: "Cracoviana" (czy jakoś tak). Zadowoleni, że ostatecznie to tak drogo nie było pojechaliśmy do domu. (Swoją drogą racjonalizacja zakupów, czyli mówienie sobie: "Eeee, w sumie nie wyszło to tak drogo. Mogłem sobie pozwolić" wychodzi nam coraz lepiej. Podejrzewam, że za miesiąc już takich dylematów mieć nie będziemy).
Obiadek no i w drogę. Jak to zwykle bywa, po drodze mieliśmy bardzo interesującą rozmowę na temat ekshibicjonizmu Duńczyków. Zauważyłem bowiem, że w jednym z domów na parterze rodzina miała ogromne okno, w którym nie było ani firan ani żaluzji. Jak dla mnie nie do przyjęcia. Wywiązała się długa rozmowa, która trwała aż dotarliśmy do Keops Kollegium. Generalnie wiedzieliśmy tylko, że impreza odbywa się właśnie w tym budynku, ale nic więcej. Teraz sobie myślę, że ten ekshibicjonizm nas uratował, bo właściwie tylko dzięki temu, że sala, w której mieliśmy mieć imprezę nie miała firan, mogliśmy z zewnątrz stwierdzić, że pewnie tam mamy iść. Po chwili byliśmy w środku (w zasadzie chwila trwała dość długo, bo nie byliśmy pewni, że dobrze trafiliśmy i kłóciliśmy się o to, kto powinien wejść pierwszy).
Impreza była przednia. Najpierw zjedliśmy trochę grochówki, a potem zaczęła się konsumpcja wspomnianej już wcześniej "Cracoviany". Nigdy nie piłem czegoś tak ohydnego. Ale ostatecznie wypiliśmy do ostatniej kropli. Impreza generalnie była polska z lekkimi akcentami międzynarodowymi. Przeważali ścisłowcy (matematycy, informatycy etc.). Czuliśmy się więc jak ryby w wodzie. O 2 postanowiliśmy wrócić. Stwierdziłem dziś, że droga, którą pokonaliśmy idąć z powrotem była dwa razy dłuższa od drogi na imprezę. Powodem nie było zgubienie się, ale jakaś dziwna nieumiejętność chodzenia po linii prostej. Generalnie przesuwaliśmy się w dobrym kierunku, ale były ogromne zaburzenia na tej drodze. Dotarliśmy do domu i szczęśliwie położyliśmy się spać. Kolejna impreza, którą na pewno można uznać za udaną.
Rano gdy założyłem okulary, stwierdziłem, że musiałem je nieźle popalcować na imprezie. Nie widziałem kompletnie nic. Wziąłem prysznic, zrobiłem sobie śniadanie i stwierdziłem, że warto byłoby jednak je umyć. Gdy chciałem jednak nalać mydła na szkła okazało się, że ich nie było w oprawkach. Leżały sobie grzecznie pod moim łóżkiem. Obudziłem też Marcina mówiąc, że musimy już wychodzić (dziś mieliśmy wycieczkę do browaru, o której napiszę jutro). Pogoniłem Marcina, po czym okazało się, że mamy jeszcze pół godziny. Nie pamiętałem, że podczas imprezy wypadła mi bateria i zegar się zrestartował. Widocznie ta grochówka źle na mnie podziałała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz