czwartek, 7 stycznia 2010

Min cykel er...

No więc. Jak już Marcin A pisał, we wtorek staliśmy się szczęśliwymi właścicielami rowerów. Jeszcze tego samego dnia miałem dwie awarie, ale na szczęście udało się je usunąć.

Następnego dnia jednak, jakieś 50 metrów od domu, zaliczyłem pierwszą glebę. Moje biodro zamortyzowało mój upadek. Niestety, teraz o sobie przypomina przy każdym kroku. Oczywiście, gdy wracaliśmy z zajęć, spadł mi łańcuch. Podczas naprawiania tego defektu w atmosferę wychodziły z mojej krtani bardzo niepoprawne słowa. W Polsce mógłbym pewnie za takie zachowanie dostać mandat za deprawowanie dzieci, ale w Danii na szczęście nie znają (tzn. mam nadzieję) polskich przekleństw.

Ostatecznie, lepiej jak historia kończy się dobrze. Chciałem się więc pochwalić. Dzisiejszego dnia nie miałem żadnej awarii roweru. Być może go nie sprzedam.

Co do kursu językowego. 3 godziny mówienia w tym języku jest bardzo męczące. Ale jest to naprawdę bardzo ciekawe doświadczenie. Bardzo szybko idziemy z materiałem. Potrafimy już zapytać się o znaczenie słów, o ich przeliterowanie etc. (Nie żeby to jak się pisze słowo miało cokolwiek wspólnego z tym jak się go wymawia.) Dla przykładu. Jeden z moich ulubieńców:

selvfØlgelig = [se'fuli] (zapis tak jak się wymawia za pomocą polskich liter, a nie za pomocą zapisu fonetycznego)

Dziś też załatwiliśmy pozwolenie na pobyt czasowy. Byliśmy tam świadkami jakiejś sprzeczki z urzędnikami. W kolejce czekało około 20 osób, a wszystkie okienka były nieczynne. No cóż. "Urzędnicy jacy są, każdy widzi." Okazuje się, że nie tylko w Polsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz