piątek, 8 stycznia 2010

Zaskoczenie...

Wyjeżdżamy rano z Marcinem A na lekcje duńskiego w dobrych humorach. Troszkę nie wyspani, ale jednak pozytywnie nastawieni. No i cóż, po około 10 minutach kolejny raz mój rower znowu się zepsuł. Kolejny raz spadło koło. Marcin niestety odjechał trochę do przodu, więc musiałem sobie poradzić sam bez klucza 15, bo moja 14 jest za mała. Po 5 minutach bezskutecznej pracy stwierdziłem, że muszę iść pieszo, prowadząc mojego zgrzyta. Pomyślałem jednak, że należy się mu (rowerowi) niezły kopniak. Tak więc zrobiłem. Okazało się, że zadziałało. Więc ruszyłem. Po 200 m koło znowu się przemieściło. I tak gdzieś 4 razy. W połowie drogi się zdenerwowałem (a właściwie wk*****em) i zdecydowałem pójść złożyć reklamację do sklepu rowerowego).

Po około 30 minutach marszu doszedłem do sklepu, który był zamknięty. Była 8-55. Miałem nadzieję, że otworzą go o 9. Ale ku mojemu zaskoczeniu na drzwiach nie było godzin otwarcia. Na całej ulicy znalazłem tylko jeden sklep z informacją odnośnie godzin otwarcia. Jak dla mnie całkowity bezsens.

Na szczęście otwarli go o 9. Niestety musiałem zostawić mój rower do naprawy. O 14 miałem się zgłosić po naprawiony. Poszedłem na zajęcia (spóźniłem się tylko 1 godzinę, więc nie było tak źle). Ominęły mnie ćwiczenia fonetyczne i sprawdzanie zadania domowego (którego nie zrobiłem).

Po zajęciach poszliśmy z grupą na obiad do stołówki. Stwierdziliśmy, że trzeba zaszaleć. Ostatecznie nie było tragedii, za talerz jedzenia (mi smakowało, Marcinowi mniej) zapłaciłem równowartość 16 złotych. Da się przeżyć. Musiałem jednak przeprosić pozostałych, bo przecież rower miał być już gotowy.

Po 40 minutach marszu dotarłem do sklepu. Na szczęście miałem ze sobą termos z gorącą herbatą, bo inaczej chyba bym zamarzł. W sklepie przywitał mnie właściciel mówiąc, że naprawa nie była trudna i twrwała około 10 minut. Zapytałem się co mam robić jak się to stanie kolejny raz. Otrzymałem odpowiedź, że to już się nigdy nie zdarzy.

Pojechałem do centrum, bo chciałem sobie kupić książkę. Wyjeżdżając spod księgarni mój rower postawił, że jednak nie został wystarczająco naprawiony i znowu koło odpadło. Czekało mnie więc kolejne 30 minut marszu z rowerem. Moje ręce już wymiękały, a ja grzecznie i po cichu całą drogę przeklinałem. Mam nadzieję, że Duńczycy nie rozumieją polskich przekleństw.

Wyraz twarzy pana w sklepie był bezcenny. Zdziwienie, zmieszanie i strach w jednym. W końcu naprawili mi rower (tzn. dojechałem bez problemów do mieszkania) i wymienili mi łańcuch. Wszystko zrobili za darmo. To mnie pozytywnie zaskoczyło. Tak więc mam nadzieję, że więcej nie będę musiał zaglądać do tego sklepu.

Trzeba się wyspać, bo jutro gotujemy obiad dla około 15 osób z grupy językowej. Mam nadzieję, że będą zadowoleni. Kolejnym pozytywem tego przedsięwzięcia był fakt, że byliśmy zmuszeni do pójścia do sklepu i zrobienia zakupów na obiad dla 15 osób. Ogólnie zapłaciliśmy około 150 zł (kupiliśmy m. in. mleko kokosowe i syrop do naleśników - swoją drogą mleko okazało się czymś o smaku mleka kokosowego, ale o konsystencji serka homogenizowanego - bardzo dobre z syropem do naleśników i naleśnikami oczywiście). Tak więc nasze plany co do diety chyba się zmodyfikują. (Jeszcze nie wiem czy stety czy niestety)

1 komentarz:

  1. no to ładne Marcin masz przygody :]
    oby już więcej rower nie nawalał
    ja dziś układ oddechowy mojego Matiza zostawiłem na ulicy :)
    jutro jadę auto podreperować i ściągnę je może jakoś do domu
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń