Ta-Dam!
W nie najlepszych humorach maja dnia ósmego ESN (Sieć Studentów Erasmusa) zorganizowało nam (a jakże) wycieczkę na południe Dani - wyspę Møn. Nie ma co ukrywać - pogoda w Kopenhadze była dnia tego okropna - deszcze zapowiadali duńscy meteorolodzy, choć szczęśliwie na samym Møn (jak widać na zdjęciach) pogoda nam nie przeszkadzała (chyba, że liczyć fakt, że mnie paskuda przymusiła do ubrania sweterka).
Na pierwszy ogień poszły klify - przepiękne 143-metrowe klify, białe jak kreda, bo z niej przecież złożone. Parogodzinny spacer w dół i w górę po jedynym (hic!) parku narodowym w Danii (gdzie można wjechać sobie autem - taki to już park), zbieranie skamieniałości (w tym anyżkopodobnych skamieniałych macek ośmiornicy - wciąż nie jestem przekonany co do ich autentyczności) i poznawanie nowych mieszkańców Ameryki ("U nas w Kalifornii nie jest tak zimno nawet w zimie") zakończyliśmy pobieżną konsumpcją Najdroższych Jajek Świata, po czym udaliśmy się do "Ogrodu Romantycznego" wybudowanego w XVIII wieku (tak, tak, Duńczycy byli forpocztą romantyzmu), gdzie mogliśmy zobaczyć: jeziorko (krajobraz Norwegii), trawę (krajobraz Danii), bezkształtny pagórek (piramidy Egipskie), bardzo-brzydki-i-kolorową szopę (chiński domek herbaciany). Jak się łatwo domyślić z całej wycieczki to nie był ten fragment, przy którym oszalałem (szczególnie po powalających-na-łopatki-i-trzymających-w-poziomie-przez-długie-chwile klifach) z radości.
Następnym naszym celem był XIV-wieczny kościół z kredy (jedyny budulec w okolicy) z średniowiecznymi freskami - krótki, lecz ujmujący epizod przedstawiający sztukę ludową dawnych Duńczyków.
Na ostatek - perełka mające czterdzieści wieków groby pra-Duńczyków - kurhan bogaczy (zwiedziliśmy ciemne wnętrze - patrz filmik) i dolmen biedaków (tu wnętrze było w dużej części tożsame z zewnętrzem).
Słowem - dzień udany i to, choć wycieczka była zorganizowana (ajajajajaj).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz