Nirvana nerdów, czyli trzech studentów fizyki teoretycznej w Kopenhadze.
sobota, 8 maja 2010
Legoland - recenzja 2
Ostatniego dnia kwietnia, nim słońce jeszcze wstało, poprzez wietrzną i deszczową duńską wiosnę wyruszyliśmy na całodzienną wycieczkę do mekki każdego dziesięciolatka - Legolandu. Nauczeni doświadczeniem zabraliśmy plecaki pełne prowiantu i (zaskakująco) dobry humor.
Pierwsze trzy godziny w pociągu spędziliśmy na byciu wyrzucanymi z kolejno zajmowanych siedzeń w wagonach (jak się okazało ostatni piątek kwietnia to w Dani - kraju świeckim i zsekularyzowanym (jak to Duńczycy lubią podkreślać) - Dzień Modlitwy - wolny od pracy, a więc i przepełniający pociągi). Znalazłszy w końcu wolne miejsca musieliśmy znosić między innymi: identyfikację z poduszką (Marcin A. przez sympatycznego jegomościa o wyglądzie żula), czy przyjacielskie zaczepki pijanego, ciemnoskórego "biznesmena" z USA (nieszczęsny ja). Ostatecznie dotarliśmy w końcu do Vejle, skąd autobus do Legolandu (kolejne 40 minut) odjeżdżał już niedługo.
Wyczerpani, przemoczeni i coraz bardziej podnieceni dotarliśmy koło 11 do Legolandu - cóż to był za widok! Średnia wieku wynosiła co prawda jakieś 20-25 lat, ale odchylenie było potężne. Horda dzieciąt wspomagana rodzicami/dziadkami/wujkami/ciociami/opiekunami prawnymi rozpalona gorączką duńskich klocków szturmowała bramę główną.
Na nasze szczęście przedziały wiekowe okazały się niejako naszym wybawieniem: Park można podzielić na dwie części: miniaturowy świat wykonany z klocków (m.in. zamek królewski duńskiej rodziny królewskiej - 900 000 elementów) oraz część z karuzelami i innymi atrakcjami. I tu profitował nasz niejako dziwaczny na to miejsce wiek - dzieciątka nie paliły się (a raczej ich rodzice), do przejażdżek w deszczu i chłodzie na karuzelach, gdzie (między innymi) można całkowicie się zamoczyć (jak podróż do Walhalli - potężny, ośmioosobowy ponton spuszczany z 15 metrów wprost do basenu pełnego wody). Nie do ominięcia były też dziwaczny rollercoaster (patrz film), laserowy atak na grobowiec ze szkieletami (lepiej brzmi niż wygląda), konkurs sprawności strażackich (który wraz z Angelą przegraliśmy - wyprzedzając tylko parę ośmiolatków), czy ramię robota, które po poprzednim zaprogramowaniu (w ograniczony sposób przez nas samych) rzucało nas na prawo i lewo (ograniczenie wzrostu 190 cm okazało się dla mnie boleśnie istotne).
Samo miasteczko było ujmującym dowodem na istnienie ludzkiej cierpliwości i talentu - miliony (dosłownie) klocków, połączone w przepiękne układy przedstawiające między innymi: Tokio, Los Angeles, Kopenhagę, Amsterdam, wybrzeża Szwecji, Norwegii, Szkocję, Szwajcarię, czy też wyidealizowane lotniska, porty i koleje - wszystko upiększone elementami ruchomymi, zaczynając od prostych łódeczek na sznurku, przez samochodziki jeżdżące, jak się wydawało, samopas, czy majestatyczne śluzy wodne (patrz filmy).
Po parunastu godzinach, zmęczy, acz szczęśliwi, wróciliśmy (z plecakami wypełnionymi klockami Lego - a co!) do naszych mieszkań w Kopenhadze, spędzając urocze 3 godziny jazdy pociągiem na próbach wyjaśnienia zawiłości polskiej gramatyki wspaniałym i niestrudzonym koleżankom: Juli i Elisabeth, czy dyskusji z negatywnie nastawionym do Ameryki pracownikiem Legolandu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz