22-23 maja wybraliśmy się do Skagen - północnego skraju Danii. Pogoda nas dopieściła. Po chłodnej i zachmurzonej Kopenhadze, słoneczne 25 stopni wydało nam się tropikalnym upałem.
Opalaliśmy się, pływaliśmy w Bałtyku, topiliśmy się w bagnach, myliśmy się z błota w Morzu Północnym, śpiewaliśmy na plaży, grilowaliśmy wśród wydm, graliśmy w arschlöcheln, a na koniec wyjedliśmy cały zapas ananasa w pewnej chińskiej restauracji w Årthus. Słowem - bawiliśmy się przednie.
Ponieważ doszły mnie słuchy, że czasem moje posty są nazbyt skondensowane (wybaczcie skrzywienie zawodowe), rozwinę powyższy temat.
Jadąc do Legolandu, kupiliśmy specjalne bilety, które pozwalały na przejazdy dowolnymi pociągami w 3 wybrane dni w ciągu jednego miesiąca. Ponieważ termin wygaśnięcia biletów zbliżał się nieubłaganie, zdecydowaliśmy* się na dwudniową wycieczkę do Skagen. Podróż w jedną stronę trwała 5 godzin - żeby więc nie marnować czasu wyruszyliśmy pociągiem o 5.50.
Skagen przywitało nas upalną (jak na warunki Duńskie) pogodą. Wybraliśmy się na plaże, opalaliśmy się i pływaliśmy w morzu (jako jedyni - woda bowiem była wciąż bardzo zimna). Wieczorem zakupiliśmy jednorazowy grill i poszliśmy na koniec półwyspu - w najbardziej wysunięty na północ punkt Danii. Z miejsca tego można było obserwować jak fale z Morza Północnego zderzają się z falami z Bałtyku (co dokumentuje poniższy filmik).
Dnia następnego wybraliśmy się na spacer wzdłuż wybrzeża Morza Północnego. Gdy mieliśmy już wracać na dworzec, Andrzej zorientował się, że zostawił w hostelu, w którym nocowaliśmy, komórkę. Odłączył się więc od nas i pognał ratować swoją zgubę. Tymczasem my postanowiliśmy nie wracać tą samą drogą, którą przyszliśmy, tylko wypróbować czegoś ciekawszego. Znaleźliśmy wąską ścieżkę, wydawała się iść w dobrym kierunku. Niestety po nie długim czasie trafiliśmy na podmokły teren. Wciąż wzbraniając się przed cofaniem się po własnych śladach brnęliśmy dalej i dalej.
W końcu przemoczeni postanowiliśmy zboczyć z ścieżki i pójść w kierunku wydm i morza. Droga okazała się jednak dłuższa i bardziej mokra niż nam się z początku wydawało. Ostatecznie jednak weseli i brudni dotarliśmy do wybrzeża. Na udokumentowanie naszych dobrych humorów, piosenka**:
W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze Århus, które nie okazało się wcale takie duże. Zatrzymaliśmy się za to na dłużej w pewnej chińskiej restauracji, gdzie można było wykupić "wejściówkę", a następnie jeść tyle ile tylko się potrafiło. Na szczęście częste treningi w Kopenhadze pozwoliły nam z nawiązko wykorzystać przydzielony nam limit.
------------------
* - my, tj. Marcin A., Marcin F., Andrzej K. i Julia S.
** - Julia prosiła, żeby jej nie publikować ;P. Kobiety, nie wierzcie facetom.
Opalaliśmy się, pływaliśmy w Bałtyku, topiliśmy się w bagnach, myliśmy się z błota w Morzu Północnym, śpiewaliśmy na plaży, grilowaliśmy wśród wydm, graliśmy w arschlöcheln, a na koniec wyjedliśmy cały zapas ananasa w pewnej chińskiej restauracji w Årthus. Słowem - bawiliśmy się przednie.
Ponieważ doszły mnie słuchy, że czasem moje posty są nazbyt skondensowane (wybaczcie skrzywienie zawodowe), rozwinę powyższy temat.
Jadąc do Legolandu, kupiliśmy specjalne bilety, które pozwalały na przejazdy dowolnymi pociągami w 3 wybrane dni w ciągu jednego miesiąca. Ponieważ termin wygaśnięcia biletów zbliżał się nieubłaganie, zdecydowaliśmy* się na dwudniową wycieczkę do Skagen. Podróż w jedną stronę trwała 5 godzin - żeby więc nie marnować czasu wyruszyliśmy pociągiem o 5.50.
Skagen przywitało nas upalną (jak na warunki Duńskie) pogodą. Wybraliśmy się na plaże, opalaliśmy się i pływaliśmy w morzu (jako jedyni - woda bowiem była wciąż bardzo zimna). Wieczorem zakupiliśmy jednorazowy grill i poszliśmy na koniec półwyspu - w najbardziej wysunięty na północ punkt Danii. Z miejsca tego można było obserwować jak fale z Morza Północnego zderzają się z falami z Bałtyku (co dokumentuje poniższy filmik).
Dnia następnego wybraliśmy się na spacer wzdłuż wybrzeża Morza Północnego. Gdy mieliśmy już wracać na dworzec, Andrzej zorientował się, że zostawił w hostelu, w którym nocowaliśmy, komórkę. Odłączył się więc od nas i pognał ratować swoją zgubę. Tymczasem my postanowiliśmy nie wracać tą samą drogą, którą przyszliśmy, tylko wypróbować czegoś ciekawszego. Znaleźliśmy wąską ścieżkę, wydawała się iść w dobrym kierunku. Niestety po nie długim czasie trafiliśmy na podmokły teren. Wciąż wzbraniając się przed cofaniem się po własnych śladach brnęliśmy dalej i dalej.
W końcu przemoczeni postanowiliśmy zboczyć z ścieżki i pójść w kierunku wydm i morza. Droga okazała się jednak dłuższa i bardziej mokra niż nam się z początku wydawało. Ostatecznie jednak weseli i brudni dotarliśmy do wybrzeża. Na udokumentowanie naszych dobrych humorów, piosenka**:
W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze Århus, które nie okazało się wcale takie duże. Zatrzymaliśmy się za to na dłużej w pewnej chińskiej restauracji, gdzie można było wykupić "wejściówkę", a następnie jeść tyle ile tylko się potrafiło. Na szczęście częste treningi w Kopenhadze pozwoliły nam z nawiązko wykorzystać przydzielony nam limit.
------------------
* - my, tj. Marcin A., Marcin F., Andrzej K. i Julia S.
** - Julia prosiła, żeby jej nie publikować ;P. Kobiety, nie wierzcie facetom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz