Po muzeum znów ulegliśmy naszej słowiańskiego naturze. Tym razem gotowaliśmy coś a la chińszczyznę. Liczba zaproszonych na obiad osób była jednak tym razem skromna i wyniosła tylko 2 osoby. Było to jednak wywołane nie faktem, że nagle nabyliśmy asertywności, ale faktem, że Danię zaatakowały gwałtowne opady śniegu. I jedynymi osobami, które się nie przelękły pogody była Szwajcarka (Julia) i Rosjanin (Igor).
środa, 27 stycznia 2010
Muzeum zoologii
Po muzeum znów ulegliśmy naszej słowiańskiego naturze. Tym razem gotowaliśmy coś a la chińszczyznę. Liczba zaproszonych na obiad osób była jednak tym razem skromna i wyniosła tylko 2 osoby. Było to jednak wywołane nie faktem, że nagle nabyliśmy asertywności, ale faktem, że Danię zaatakowały gwałtowne opady śniegu. I jedynymi osobami, które się nie przelękły pogody była Szwajcarka (Julia) i Rosjanin (Igor).
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Alas, poor Yorick!
OdpowiedzUsuń