No więc siedzę sobie wygodnie na łóżeczku w hostelu w samym centrum Kopenhagi. Zostałem oddelegowany do opisania naszej podróży. Andrzej, Marcin i ojciec Andrzeja wyruszyli przed chwilą na wycieczkę po Kopenhadze. Ja zostałem w pokoju hostelowym, a z tego powodu mam chwilę czasu, więc piszę.
Sobota, 02.01.10 godz. 20:17. Dzwoni mój telefon. Andrzej. Właśnie wyjechali. Po około 2 godzinach Andrzej oraz jego tata byli już pod moim domem. Nie obyło się bez małych komplikacji. W końcu jednak po kilku wykonanych rozmowach telefonicznych dojechali. Wrzuciłem trochę rzeczy i wyruszyliśmy. Już po kilku kilometrach coś się przewróciło w części samochodu z bagażami. Byłem przkonany, że to mój słoik miodu, ale ostatecznie okazało się, że to lodówka Andrzeja pełna pierogów.
W tym miejscu napiszę jeszcze trochę o tym jak zorganizowane było miejsce w samochodzie. Z przodu miejsce dla kierowcy i jednego pasażera. W nastęþnym rzędzie miejsce dla trzech pasażerów, a za nim dośc sporo pustej przestrzeni na nasze bagaże. Zaraz jednak za miejscami siedzącymi Andrzej ustawił kilka desek, na których można było się zdrzemnąć.
Następny przystanek – mieszkanie Marcina. Tu również odbyło się szybkie wrzucenie wszystkich rzeczy do samochodu no i w drogę. Nastęþny przystanek na stacji benzynowej jeszcze w Gliwicach. Płyn do spryskiwaczy. Kolejny przystanek przed granicą z Niemcami. Zaraz za granicą ja z Marcinem położyliśmy się spać. Marcin na deskach a ja na siedzeniach dla pasażerów. Temperatura w tylnej części samochodu była bardzo niska, ale w śpiworach i w kurtkach ostatecznie dało się wytrzymać. Gdy się obudziliśmy około 7 samochodem kierował już Andrzej. Gdzieś po drodze zmienił swojego Ojca. Gdzieś za Berlinem, który również został przeze mnie i Marcina przespany, nastąpiła kolejna zmiana kierowcy. Ja zacząłem kierować. Postój w Hamburgu na zatankowanie do pełna no i dalej w drogę. Gdzieś pomiędzy 12 a 13 przejechaliśmy granicę pomiędzy Niemcami a Danią. Kilka kilometrów za nią koplejny postój z dużą porcją jedzenia. Kanapki, sernik i ptasie mleczko. Andrzej był bardzo podekscytowany bo zobaczył jakieś ogromne ptaszycko drapieżne i mógł pochwalić się swą wiedzą zdobytą na jakże interesującym kursie: Rozpoznawanie ptaków. Na dlaszej drodze zobaczyliśmy jeszcze kilka takich ptaków. Ich widok wywołał temat wróżenia przyszłości z lotu ptaków w powietrzu. No cóż, po tylu godzinach w samochodzie, musiało się to skończyć tak inteligentnymi rozmowami. Jak Andrzej słusznie zauważył, jedną z wróżb z lodu ptaków, jest to, że zbliża się deszcz, jeśli jaskółki latają nisko. Zapomniełam dodać, że przez całą Danię przewiózł nas dzielnie Marcin.
Kilometr za kilometrem zbliżał się jedno z najciekawszych miejsc naszej podróży. Most nad Dużym Bełtem. Most, który ma długość 23 kilometrów. Widok naprawdę niesamowity. Warto było zapłacić te 220 DKK aby zobaczyć to cudo. Ostatecznie około 18 dojechaliśmy do pierwszego hostelu. Zaparkowaliśmy, ale okazało się, że jest zamknięty. Odesłano nas do innego, w którym na szczęście było miejsce. I tak oto siedzę i piszę sobie te wspomnienia. Jeszcze jedno wydarzenie miało miejsce. Przy wypakowywaniu rzeczy do hostelu było tak wielkie zamieszanie, że nikt nie wiedział, kto ma klucze do samochodu. Po poszukiwaniach (niezbyt długich – 10 min., ale za to stresujących okazało się, że klucze grzecznie leżały sobie na łóżku Andrzeja. Dla wyjaśnienia w hostelu nie było dostępu do darmowego Internetu, dlatego też post ten został opublikowany z opóźnieniem.
Sobota, 02.01.10 godz. 20:17. Dzwoni mój telefon. Andrzej. Właśnie wyjechali. Po około 2 godzinach Andrzej oraz jego tata byli już pod moim domem. Nie obyło się bez małych komplikacji. W końcu jednak po kilku wykonanych rozmowach telefonicznych dojechali. Wrzuciłem trochę rzeczy i wyruszyliśmy. Już po kilku kilometrach coś się przewróciło w części samochodu z bagażami. Byłem przkonany, że to mój słoik miodu, ale ostatecznie okazało się, że to lodówka Andrzeja pełna pierogów.
W tym miejscu napiszę jeszcze trochę o tym jak zorganizowane było miejsce w samochodzie. Z przodu miejsce dla kierowcy i jednego pasażera. W nastęþnym rzędzie miejsce dla trzech pasażerów, a za nim dośc sporo pustej przestrzeni na nasze bagaże. Zaraz jednak za miejscami siedzącymi Andrzej ustawił kilka desek, na których można było się zdrzemnąć.
Następny przystanek – mieszkanie Marcina. Tu również odbyło się szybkie wrzucenie wszystkich rzeczy do samochodu no i w drogę. Nastęþny przystanek na stacji benzynowej jeszcze w Gliwicach. Płyn do spryskiwaczy. Kolejny przystanek przed granicą z Niemcami. Zaraz za granicą ja z Marcinem położyliśmy się spać. Marcin na deskach a ja na siedzeniach dla pasażerów. Temperatura w tylnej części samochodu była bardzo niska, ale w śpiworach i w kurtkach ostatecznie dało się wytrzymać. Gdy się obudziliśmy około 7 samochodem kierował już Andrzej. Gdzieś po drodze zmienił swojego Ojca. Gdzieś za Berlinem, który również został przeze mnie i Marcina przespany, nastąpiła kolejna zmiana kierowcy. Ja zacząłem kierować. Postój w Hamburgu na zatankowanie do pełna no i dalej w drogę. Gdzieś pomiędzy 12 a 13 przejechaliśmy granicę pomiędzy Niemcami a Danią. Kilka kilometrów za nią koplejny postój z dużą porcją jedzenia. Kanapki, sernik i ptasie mleczko. Andrzej był bardzo podekscytowany bo zobaczył jakieś ogromne ptaszycko drapieżne i mógł pochwalić się swą wiedzą zdobytą na jakże interesującym kursie: Rozpoznawanie ptaków. Na dlaszej drodze zobaczyliśmy jeszcze kilka takich ptaków. Ich widok wywołał temat wróżenia przyszłości z lotu ptaków w powietrzu. No cóż, po tylu godzinach w samochodzie, musiało się to skończyć tak inteligentnymi rozmowami. Jak Andrzej słusznie zauważył, jedną z wróżb z lodu ptaków, jest to, że zbliża się deszcz, jeśli jaskółki latają nisko. Zapomniełam dodać, że przez całą Danię przewiózł nas dzielnie Marcin.
Kilometr za kilometrem zbliżał się jedno z najciekawszych miejsc naszej podróży. Most nad Dużym Bełtem. Most, który ma długość 23 kilometrów. Widok naprawdę niesamowity. Warto było zapłacić te 220 DKK aby zobaczyć to cudo. Ostatecznie około 18 dojechaliśmy do pierwszego hostelu. Zaparkowaliśmy, ale okazało się, że jest zamknięty. Odesłano nas do innego, w którym na szczęście było miejsce. I tak oto siedzę i piszę sobie te wspomnienia. Jeszcze jedno wydarzenie miało miejsce. Przy wypakowywaniu rzeczy do hostelu było tak wielkie zamieszanie, że nikt nie wiedział, kto ma klucze do samochodu. Po poszukiwaniach (niezbyt długich – 10 min., ale za to stresujących okazało się, że klucze grzecznie leżały sobie na łóżku Andrzeja. Dla wyjaśnienia w hostelu nie było dostępu do darmowego Internetu, dlatego też post ten został opublikowany z opóźnieniem.
najważniejsze że dotarliście cało na miejsce :]
OdpowiedzUsuńgratulacje
Michał Ch.